Nie wiem sam, czy za długo obuwia i skarpetek nie zmieniałem, czy
pokoju nie wietrzyłem... Budzę się rano, patrzę! W kącie mojej
firemki zagdzieździł się instytucjonalny klient. Łypie złym
okiem, żąda podpisywania cyrografu i to jeszcze przed
Popielcem. Środki owadobójcze nie skutkują, Policja wymawia się
brakiem pieniędzy na paliwo do radiowozu. Nie ma rady trzeba
cyrograf podpisać. Rozwijam ów zwój byczej skóry, a tam stoi, że
mam złożyć na papierze i na wuwuwie, otagować, obazodanić, około
(na oko) 2000-3000 stron maszynopisu w postaci bardzo niestrawnej
komputerowo -- jakiś zawirusowany .doc, który się nigdzie
prawidłowo nie otwiera, część po prostu na papierze jako okrutne
ksero. W samym tekście dużo błędów. Tragedia i manufaktura.
Wygląda jednak na to, że spędzę (albo moi współpracownicy spędzą)
z ową potworą co najmniej rok cały.

Nie ma rady, trzeba się zabiezpieczyć umowami. Mam teraz pytanie,
jak się takie rzeczy na rynku wydawniczym robi. Pamiętam, kiedyś
przy okazji innego projektu zaglądałem Markowi przez ramię, miał
gdzieś w umowie coś o dostarczaniu tekstów w postaci zgodnie z
Polską Normą PN-???? lub doprowadzaniu do takowej na koszt
klienta.

Może ktoś byłby tak dobry i wysłał mi na adres prywatny wzór
podobnej umowy.

Klient wydaje się nie rozumieć gdzie tkwi problem, w dodatku nie
mogę nic załatwiać na gębę, bo to instytucja i człowiek, z którym
coś ustalę może za miesiąc być w Honolulu, a inny pokazywać mi
paluchem w umowie, że przecież miało być na stronie WWW, a nigdzie nie ma
napisane, że materiał źródłowy miał w ogóle istnieć -- a poza tym
co pan mi tu dajesz jakieś TeXy, przecież samo się przez się
rozumie, że miało być [tu wstaw nazwę programu, który ten
człowiek uważa za jedynie słuszny].

Byłoby również dobrze (aczkolwiek dla mnie już za późno) gdyby o
wydawniczym radzeniu sobie z klientem, ktoś się wypowiedział w
Bachotku.

Pozdrowienia

Krzysio Leszczyński

Odpowiedź listem elektroniczym