http://www2.gazeta.pl/info/elementy/druk.jsp?xx=1528183&plik=/htm/1528/a1528183.htm&tablica=DOCUMENT

Roman Giertych: Jestem Europejczykiem
Z liderem LPR Romanem Giertychem rozmawia Jarosław Kurski 

Będziemy jak hiszpańska partia Aznara: wielkie tradycje
historyczne i współczesny program. W LPR mamy 1400 młodych
radnych. Oni szykują się, aby obejmować coraz wyższe stanowiska.
Będziemy rządzić samodzielnie. Jeśli nie za dwa, to za sześć
lat. Tylko spokojnie, merytorycznie, powolutku...

Zaskoczony wynikiem referendum? 

- Owszem. Zaskoczyły mnie dwie kwestie. Po pierwsze - mnogość
eurosceptyków. Obawiałem się, mówiąc szczerze, wyniku znacznie
gorszego [większego poparcia dla akcesji - red.]. Ze względu na
doświadczenie Słowacji, Słowenii, Litwy, gdzie poparcie było
powyżej 90 proc., rezultat jedynie 77 proc. głosów na "tak"
uważam za wyrąbany naszą ciężką pracą. Oznacza, że około 4 mln
osób powiedziało "nie". A w ostatnich wyborach samorządowych LPR
otrzymała 1,5 mln.

Ale przecież Pan wie, że głosy na "nie" nie są równoznaczne z
poparciem dla LPR. 

- Jeszcze nie są. Ale to nasz potencjalny elektorat. Liga może
walczyć w przyszłości o poparcie rzędu dwudziestu kilku procent. 

Kosztem Samoobrony? W ostatnich wyborach do Sejmu Samoobrona
wzięła 10,2 proc., a LPR jedynie 7,9 proc.


- W wyborach samorządowych Samoobrona i Liga otrzymały łącznie
3,1 mln głosów. Eurosceptyków było 4 mln, a większość to nasz
elektorat - nie Samoobrony, której wyborcy się podzielili. Po
referendum LPR urasta do rangi głównej partii eurosceptycznej.
Samoobrona zepchnięta została na pozycje populistyczne.

Czy jednak 77 proc. Polaków, którzy godzą się na okrojenie z
części suwerenności Polski, nie jest dla Pana - działacza
narodowego - porażką? 

- Chcieliśmy wygrać to referendum. Taki wybór oczywiście mnie
nie cieszy. Trzeba pamiętać, że przesłanką głosowania na "tak"
było to, że ludzie chcą nadziei. Unia jawiła się jako nadzieja
na odejście od polskiej rzeczywistości. Gdy wejdziemy do Unii,
to się szybko zmieni. Bolesne dla polskich obywateli decyzje
będzie podejmować w Brukseli Komisja Europejska. Trudne decyzje
łatwiej przyjmować od swoich niż z obcej ręki. A to w moim
przekonaniu zwiększy jeszcze znaczenie partii eurosceptycznej. W
2001 r. LPR miała 1 mln głosów, w 2002 - 1,5 mln, gdyby dziś
odbyły się wybory, głosowałaby na nas przynajmniej połowa
elektoratu eurosceptycznego - czyli 2 mln. Przyszłość partii
widzę optymistycznie. To, czym się martwię, to przyszłość
Polski, by Polacy przetrwali jako suwerenny naród w suwerennym
państwie.

I co, przetrwają Pana zdaniem? 

- Nie przypadkiem sondaże wskazują wyższe poparcie dla
instytucji unijnych niż dla instytucji polskich. Nasz największy
długofalowy cel polityczny na najbliższe dziesięć, dwanaście lat
to odbudowanie zaufania do nich. Państwo, którego obywatele mają
większe zaufanie do instytucji zagranicznych, jakimikolwiek by
byli euroentuzjastami, jest państwem chorym. Przyczyna to
korupcja i degrengolada państwa. To nie jest tak, że w Polsce
nie ma uczciwych ludzi. Brak tylko woli politycznej. Dlaczego na
czele prokuratury generalnej nie postawić osoby bezstronnej,
niekontrowersyjnej i cieszącej się zaufaniem społecznym?
Przecież taka osoba mogłaby oczyścić polskie życie z powiązań
mafijnych, gdyby tylko egzekwowała obowiązujące prawo. A więc
dopiero gdy odbudujemy to zaufanie do instytucji państwowych,
będziemy mogli prowadzić bardziej suwerenną politykę w ramach
Unii lub nawet z niej wystąpić.

Czy nie przeraził Pana rozmiar absencji w referendum? 

- Nie, bo eurosceptycy świadomie nie głosowali. Połowa tych,
którzy nie poszli, to osoby niechętne Unii. Tak wynika z badań.

Jakich badań? Nie ma jeszcze żadnych badań. 

- Były przed referendum. Nacisk na frekwencję był najsilniejszym
elementem kampanii eurozwolenników, dlatego duża część
przeciwników integracji nie poszła do urn. Ludzie głosowali
nogami. Gdyby ich uwzględnić, to frekwencja wyniosłaby 70 proc.,
a proporcja "tak" do "nie" byłaby jak 70 do 30 proc. 

Jak partia, która budowała swoją pozycję na krytyce Europy,
odnajdzie się w Unii Europejskiej? 

- Od kiedy stało się jasne, jaki będzie wynik tego referendum, a
więc po 19 maja tego roku, kiedy Ojciec Święty opowiedział się
za integracja Polski z Unią, przygotowywałem się do odpowiedzi
na to pytanie. I odpowiedzią jest nowy program LPR dla Polski w
ramach UE. Ten program będzie - mam nadzieję - przyjęty na
najbliższym Kongresie Ligi. Wspiera się na czterech kwestiach.

Po pierwsze, LPR szanuje wynik referendum. Zawsze podkreślałem,
że jakikolwiek będzie to wynik, my go uszanujemy. Jeśli jest się
partią demokratyczną, to szanuje się głos wyborców. 

Ale co to konkretnie oznacza? 

- To znaczy, że powiemy, jak wyobrażamy sobie miejsce Polski w
ramach Unii Europejskiej.

A nie jak z tej Unii wyjść? 

- W tej chwili walka o wyjście z Unii - jak to proponują
niektórzy prawicowi działacze - jest działaniem nierealnym.
Potrzeba czasu, by społeczeństwo masowo przekonało się do takiej
konieczności. Teraz Polska musi mieć swój program w ramach Unii.
I my ten program dla eurosceptyków zdefiniujemy. Szanując wolę
wyborców, Liga stanie na czele walki ze zjawiskami
centralistycznymi w ramach UE. Będziemy sprzeciwiać się nowej
konstytucji i instytucji prezydenta Europy. Będziemy potępiać
propozycję pani Danuty Hübner wspólnego ministra spraw
zagranicznych Unii...

Czy sprzeciwiać się będziecie także wspólnej polityce obronnej? 

- Nawet Valery Giscard d'Estaing chce, by ta polityka objęta
została prawem weta państw narodowych, podobnie jak podatki. W
ramach naszej wizji polityki zagranicznej mieszczą się specjalne
relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Polska wraz z Anglią byłaby
jednym ze zworników sojuszu transatlantyckiego.

A euro? 

- To druga kwestia. Będziemy walczyć o zachowanie złotego jako
waluty narodowej.

Kwesta trzecia, która powinna być priorytetem polityki polskiej,
to walka, by Ukraina weszła do Unii. Jeżeli w ciągu paru lat nie
wywalczymy tego, to na naszych granicach wschodnich pojawi się
Rosja. Rzeczywistość nie znosi próżni. Albo Ukraina będzie w
strefie Zachodu, albo będzie w Rosji. Dopóki Polska nie była w
UE, współtworzyła bufor, w którym mieściły się Rumunia,
Bułgaria, Węgry, Czechy, Słowacja, Ukraina i kraje bałtyckie.
Teraz Ukraina będzie pozostawiona na pastwę losu.

A więc Liga wpisze do swego programu przyjęcie Ukrainy do UE? 

- Tak, jak najbardziej.

To ciekawe, że będąc eurosceptykami w Polsce, na użytek Ukrainy
jesteście euroentuzjastami. Nie ma w tym paradoksu? 

- To nie jest paradoks. Tak zachowują się brytyjscy
konserwatyści, którzy są przeciwko pozostawaniu Królestwa
Wielkiej Brytanii w Unii, ale jednocześnie byli za przyjęciem
Polski.

Robili to, by osłabić więzi wewnątrz samej Unii. Panu też
przyświeca taki pomysł? 

- Tak. Jako pierwsza partia przedstawimy program prowadzący do
obalenia postanowień traktatu nicejskiego w zakresie
centralizacji władzy. Będziemy starać się obalić zapisy mówiące
o większości głosów. Będziemy chcieli obalić traktat z
Maastricht, czyli krótko mówiąc, będziemy chcieli rozpocząć
proces defederalizacji Europy, a więc odwrotność tego, co się
dzieje. 

To znaczy cofnąć się o 30 lat, do połowy lat 70., powrócić do
etapu Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. 

- Tak jest. Do poziomu grupy państw niezależnych sfederowanych
gospodarczo. Wówczas nawet może przestalibyśmy walczyć o wyjście
Polski z UE. Przecież cała potęga Unii została zbudowana w
czasach, kiedy to była EWG. Chciałbym więc, by Ukraina była też
czynnikiem decentralizacyjnym. Jeśli nie udałoby się włączyć
Ukrainy do Unii, można próbować zawiązać specjalną unię Ukrainy
z Polską.

To znaczy, że po z górą trzech wiekach, jakie minęły od wojen
kozackich, ponawia Pan zapomniany postulat senatora Kisiela
utworzenia unii Korony z Ukrainą... 

- Z tą jednakże korektą, że mam nadzieję na poparcie tej
koncepcji przez Stany Zjednoczone, których wówczas nie było.
Ufam, że USA byłyby gotowe wesprzeć Ukrainę gospodarczo. Gdyby
Polska stała się promotorem Ukrainy, nasza pozycja w Unii by się
bardzo wzmocniła, a grając razem z Ukrainą, bylibyśmy jednym z
największych ludnościowo podmiotów.

Jaki jest czwarty punkt Pana planu? 

- LPR w ramach Unii będzie musiała zająć się obroną polskich
interesów gospodarczych przed praktykami unijnymi i praktykami
koncernów unijnych. Musimy tak skonstruować państwo, aby broniło
polskiego obywatela w ramach Unii. To będzie wymagało przebudowy
mentalności urzędniczej, przebudowy struktur państwa, tak aby
urzędnik skarbowy czy celny był nastawiony na obronę interesu
narodowego. A więc zmiana mentalności z internacjonalistycznej
na - nie powiem nacjonalistyczną, bo nacjonalistą nie jestem -
ale na postawę pronarodową.

Jak Pan nie jest nacjonalistą, to ja nie pracuję w "Gazecie
Wyborczej". 

- Nacjonalizm zakłada pewną doktrynę, a je nie jestem
doktrynerem.

Ale za to ma Pan długie rodzinne narodowe tradycje i do tego na
imię Roman. 

- Tak jak kilkadziesiąt tysięcy Polaków. Mój udział w wyborze
imienia był dość ograniczony i moje imiona przyjąłem z
dobrodziejstwem inwentarza. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy miało
to związek Romanem Dmowskim [ideologiem i przywódcą
międzywojennej Narodowej Demokracji - red.]. Powtarzam: Ja nie
jestem nacjonalistą. Moje poglądy są w tej sprawie jasne. Już
dziesięć lat temu w książce "Kontrrewolucja młodych" odciąłem
się od nacjonalizmu jako programu. Nie we wszystkim zgadzam się
z moim dziadkiem czy ojcem [dziadek Jędrzej Giertych -
emigracyjny działacz narodowy, ojciec Maciej - obecnie poseł LPR
- red.]. Natomiast jestem zwolennikiem tego, by działać
wspólnotowo. Naród jest rodziną rodzin, jak zdefiniował to
kardynał Stefan Wyszyński. Szczególnie w Europie. Jeśli nie
będziemy kultywować więzi narodowych, jeżeli nie będziemy umieli
się bronić i wspólnie realizować swoich interesów - to
przegramy. Tylko wtedy, kiedy popiera się swoich, wszyscy na tym
zyskują. Nasz program gospodarczy będzie polegał na popieraniu
swoich, wszystkiego co polskie, tych, którzy płacą podatki w
kraju i nie wyprowadzają stąd kapitału. Nie chodzi tu o
kategorię etniczną, ale ekonomiczną. 

To jest całkowicie bezsporne. Trudno z tym polemizować. 

- Jest bezsporne, ale praktyka w Polsce jest taka, że się swoich
nie popiera. W Unii popieranie swoich jest normą. W Polsce nie.

Dlaczego tak się dzieje? 

- Bo zachodnie koncerny mają więcej pieniędzy na łapówki dla
polskich urzędników niż polskie firmy. Jeżeli się tego nie
ukróci, to nadal państwo będzie sprzyjało zagranicznemu
kapitałowi, a nie polskiej gospodarce. Tak jak w mediach afera
Rywina ujawniła "grupę trzymającą władzę", tak też i w każdej
innej branży jest podobna "grupa trzymająca władzę". Całą tę
strukturę korupcji trzeba złamać, jeśli chcemy obudować zaufanie
do państwa. 

Czy LPR wystawi kandydatów do Parlamentu Europejskiego? Czy
będziecie współtworzyć Europę? 

- Oczywiście, że będziemy kandydować. Powiem więcej. Myślę, że
my te wybory w Polsce wygramy. W czerwcu przyszłego roku ludzie
będą już zawiedzeni polityką europejską i będą chcieli, aby ich
interesy reprezentowało ugrupowanie, które w sposób najtwardszy
stawia polskie sprawy. 

Nie miał Pan kiedyś czarnego snu, po którym obudził się Pan
zlany potem, że oto eurosceptycy wygrywają referendum i nie
wchodzimy do Unii. I wówczas musiałby Pan wziąć odpowiedzialność
za swoje słowa, za negację integracji z Unią, za stracone szanse
rozwoju. 

- To nie byłby sen koszmarny. To byłby sen nierealny. Nasz
dostęp do mediów był tak ograniczony, że nawiązanie równorzędnej
walki nie było możliwe.

Widzę po Pana uśmiechu, że nie miałby Pan ochoty na wzięcie
politycznej odpowiedzialności za niewstąpienie do UE. 

- Myślę, że dalibyśmy sobie radę z tym problemem.

Czy w istocie filozofia polityczna sformułowana na początku
zeszłego wieku przez Romana Dmowskiego i działaczy Ligi
Narodowej ma dziś jeszcze zastosowanie? Myślenie w kategoriach
darwinizmu politycznego - silniejsi połykają słabszych - Rosja,
Polska, Niemcy... Świat się tak zmienił. 

- Ale geopolityka się nie zmienia. Proszę zauważyć, jak
niezmienna jest polityka angielska, która zakładała od roku
1066, że Anglia walczy z najsilniejszym na kontynencie. Dziś w
sporze o Irak Wielka Brytania staje okoniem wobec tandemu
francusko-niemieckiego. Ta polityka, choć z przyklejonym
uśmiechem europejskim, jest w istocie ta sama. Dlaczego? Bo, jak
powiedział Churchill, interesy są te same. W polskim interesie
jest, by Rosja nie porozumiewała się z Niemcami. Każdy, kto ma
odrobinę oleju w głowie, doskonale to rozumie. W Polskim
interesie jest, aby obszar oddzielający Niemcy od Rosji był jak
najszerszy. Dlatego mówię o Ukrainie jako kluczu do naszej
przyszłości.

Panu powinno być Józef, nie Roman, bo Pan mówi jak marszałek
Piłsudski. 

- Nie, ja mówię językiem polskiego interesu narodowego. Szkoła
Dmowskiego, z której niektórych wątków czerpię, to szkoła
realizmu politycznego, patrzenia na rzeczywistość bez upiększeń. 

Ale czy nasze wstąpienie do Unii nie oddala groźby sojuszu
niemiecko-rosyjskiego? Czyż to nie jest argument, który w Pana
rozumowaniu się liczy? 

- Nie wiem, czy się liczy. Ale stało się, jak się stało. Naród
zdecydował, nie ma co do tego wracać. Pytanie jest o przyszłość,
która zdecyduje się wewnątrz Polski. Jestem z głębi duszy
demokratą. Wierzę w społeczeństwo obywatelskie. Chciałbym, aby
każdy człowiek brał udział w życiu publicznym i żeby partie
dotrzymywały tego, co deklarowały przed wyborami. Wyznaję
zasadę: uczciwość wobec wyborców. Gdy w 2001 r. powiedzieliśmy
"nie" Unii Europejskiej, to przez dwa lata konsekwentnie naszą
politykę realizowaliśmy. Jeżeli partia nie dotrzymuje słowa, to
społeczeństwo traci kontrolę nad sytuacją, zerwany jest związek
między wolą wyborców i jej realizacją. To najgroźniejsza rzecz
dla demokracji. LPR dotrzymuje i zawsze będzie dotrzymywać
słowa.

Czy nie obawia się Pan, że LPR zamknięta w swej retoryce może
się cieszyć poparciem na stałym, niezłym poziomie, ale niezdolna
będzie do jakiejkolwiek ekspansji na prawicy? Że to będzie
przypadek Frontu Narodowego we Francji? Partia Le Pena od wielu
lat nie może przekroczyć pewnego progu popularności. 

- Wie pan, ja uważnie przestudiowałem doświadczenia Frontu
Narodowego. Zarys programu, który przedstawiłem na początku,
jest właśnie między innymi wynikiem tej analizy. Prowadzi mnie
ona do wniosku, że powinniśmy budować partię odpowiedzialną,
partię, która będzie miała dobry program, partię, która
odpowiedzialnie będzie sprawować władzę. Nie wiem, czy ta władza
przyjdzie za dwa lata, czy za sześć lat. W kampanii
przedreferendalnej siłą rzeczy pewne sprawy się spłyca i używa
języka walki. Teraz przedstawiamy atrakcyjną wizję dla polskiego
wyborcy.

Sam Pan to wymyślił? 

- Ale co?

Nowe otwarcie LPR. Stoicie przed alternatywą: albo będziecie
tkwić w okopach św. Trójcy, albo wyjdziecie do przodu z
umiarkowanym, konserwatywnym programem, który jest do przyjęcia
dla większości wyborców prawicy, programem spójnym, wypranym ze
skrajnej narodowej retoryki. 

- Ja jestem Europejczykiem wychowanym w duchu europejskim, bo to
wynika z tego, iż jestem Polakiem. Polska zawsze była w Europie.
Ta wizja nie jest nowa. Ona tkwiła u podstaw LPR. Zapewniam
pana, że stanie się ona rzeczywistością. Głęboko ufam, iż już za
kilka miesięcy kongres zatwierdzi ten program. Każde
ugrupowanie, by objąć większość wyborców, musi zaprezentować
program dla większości - to jest oczywiste. Kto tego nie
rozumie, zamyka się tak jak Le Pen w ciasnej grupie ludzi o
ciasnych poglądach, ludzi nieodpowiedzialnych, ludzi bez wizji.
Chciałbym przebudować Polskę. Tego nie zrobi się bez złamania
raka korupcji, bez przejrzystości życia politycznego i
publicznego, bez pluralizmu mediów publicznych. Trzeba też
złamać SLD, bo to ugrupowanie, jak kiedyś AWS, jest parasolem
dla korupcji. To polityczne zadanie, jakie sobie stawiam. W LPR
jest bardzo wielu młodych ludzi. Mamy 1400 radnych. Średnia
wieku naszych radnych wojewódzkich to 27 lat. To są radni,
którzy szykują się, aby obejmować coraz wyższe stanowiska. To
nie jest wizja skrajna. Jeśli partia chce wygrywać wybory, nie
może być skrajna. I ja nie jestem człowiekiem skrajnych
poglądów. Dlatego będziemy taką hiszpańska Partią Ludową Aznara
albo brytyjską Partią Konserwatywną. Wielkie tradycje
historyczne i współczesny program polityczny.

A program ekonomiczny? 

- Bardzo bliski thatcheryzmu. Popieramy ograniczenie podatków.
Poprzemy podatek liniowy, jeśli naprawdę zostanie zgłoszony i
będzie oznaczał realne obniżenie podatku dla wszystkich. Ze
względów politycznych jesteśmy przeciw prywatyzacji
strategicznych gałęzi gospodarki, kolei, banków, PZU, chyba że
przez polski kapitał, ale ten na razie jest zbyt słaby. Będziemy
popierać drobną przedsiębiorczość i ograniczać wszechwładzę
supermarketów, bo to pozorny inwestor. Niby tworzy miejsca
pracy, ale dwa razy tyle zabiera. Wolność gospodarcza, ukrócenie
biurokracji i marnotrawstwa pieniędzy publicznych w samorządach
- to nasz program.

Ile według Pana powinno być państwa w gospodarce? 

- Tyle, ile się opłaca. Jestem przeciw doktrynerstwu
gospodarczemu. Prywatyzacja nie zawsze jest panaceum. Premier
Thatcher prywatyzowała państwowe zakłady w ten sposób, że
najpierw je rozkręcała i dopiero gdy firmy były dobrze
rozwinięte, sprzedawała je za duże pieniądze. My robiliśmy
odwrotnie. Doprowadzaliśmy firmy do bankructwa i sprzedawaliśmy
za grosze. 

Jaki będzie kalendarz polityczny w Polsce na najbliższe lata? 

- Leszek Miller wygra wotum zaufania dzięki absencji części
Samoobrony, wygra Kongres SLD i do 2005 r. wszystko będzie
gniło. Wybory odbędą we wrześniu 2005 r. w konstytucyjnym
terminie.

A im dłużej będzie gniło, tym dla LPR lepiej? 

- Ludzie będą mieli czas przekonać się o "dobrodziejstwach"
naszego przystąpienia do Unii. Po tym, skoro "Donald Tusk
przekształcił Platformę Obywatelska w Unię Wolności" - że
zacytuję Macieja Płażyńskiego - naturalne jest, że PiS szukać
będzie elektoratu centrowego. To otwiera na prawicy szeroką
przestrzeń dla Ligi Polskich Rodzin. Liga jest partią
centroprawicową. Na początku kadencji domagałem się, aby
posłowie Ligi zasiadali w środku sali sejmowej, argumentując, że
LPR jest partią centrum. Dlaczego? Bo nasze poglądy mieszczą się
w preferencjach większości społeczeństwa. Są narodowe,
patriotyczne i konserwatywne. Obecnie jesteśmy postrzegani jako
partia prawicowa. To, że jesteśmy nazywani skrajną, radykalną
prawicą, to są opinie nieżyczliwych publicystów.

Ale bracia Kaczyńscy też tak o Was mówią. 

- Nie ma co się dziwić, że liderzy PiS wygłaszają takie opinie,
bo PiS to konkurent. Myślę, że w następnej kadencji za karę to
właśnie PiS posadzimy w skrajnej prawej części sali sejmowej. Po
lewej stronie sali będzie kilkunastu posłów SLD i może
Samoobrona. 

A Wy będziecie partią władzy? Tylko z kim? 

- Myślę, że będziemy rządzić samodzielnie. Jeśli nie za dwa, to
za sześć lat. Tylko spokojnie, merytorycznie, powolutku...

Odpowiedź listem elektroniczym