http://www.nowe-panstwo.pl/003_2004_miesiecznik/003_2004_rozmowa_paulska.htm

> Jerzy Eisler, historyk, dyrektor warszawskiego oddziału Instytutu 
> Pamięci Narodowej, profesor w Instytucie Historii PAN. Znawca 
> dziejów najnowszych Polski i Francji. Wydał monografie: Marzec 1968.
> Geneza-przebieg-konsekwencje, Grudzień 1970. Geneza-przebieg-konsekwencje.
> 
> - Co nowego na temat wydarzeń Marca 1968 roku udało się znaleźć w niedawno 
> odtajnionych archiwach? 
> 
> - Gdy wcześniej opisywałem jakieś wydarzenie z 1968 roku, mogłem opierać się przede 
> wszystkim na ludzkiej pamięci. Relacje były różne. Na ich podstawie trudno było 
> ustalić
> precyzyjnie pewne fakty, na przykład, o której godzinie milicja 8 marca 1968 roku 
> wkroczyła na dziedziniec Uniwersytetu Warszawskiego. Tymczasem okazuje się, że w
> zbiorach MSW przejętych przez IPN znajdują się sporządzane na bieżąco na podstawie 
> doniesień kilkunastu tajnych agentów sprawozdania, w których każdą manifestację
> opisano ze szczegółami, minuta po minucie. Znajdują się tam także informacje mówiące 
> o tym, o której godzinie wkroczyli do akcji milicjanci, a o której ormowcy i ilu ich 
> było;
> ile wykorzystano armatek wodnych; ile zużyto petard i granatów łzawiących; ile osób 
> zatrzymano (z dokładnym rozpisaniem imiennym i podziałem na płeć, wiek,
> wykształcenie, zawód itd.) Do tego trzeba dodać rozmaite analizy i sporządzane 
> niemal na gorąco oceny tych wydarzeń. Daje to w sumie zupełnie inną skalę wiedzy. 
> 
> Przykładowo, zachował się raport pewnej pani kapitan SB, która 30 stycznia 1968 roku 
> była na ostatnim spektaklu Dziadów i dwa dni potem w notatce służbowej opisała
> wszystko, co działo się wtedy w Teatrze Narodowym. Ma to zupełnie inną wartość niż 
> relacje składane po dwudziestu i więcej latach. W odróżnieniu od organizatorów
> ówczesnej akcji protestacyjnej przeciwko decyzji władz nakazującej zdjęcie Dziadów, 
> którzy po latach mogliby wyolbrzymiać lub - przeciwnie - minimalizować własną rolę, 
> ona
> nie była zainteresowana w tym, by protesty te sztucznie powiększać bądź pomniejszać 
> (choć, oczywiście, nie wykluczam, że mogli tym być zainteresowani niektórzy jej
> przełożeni). 
> 
> Kiedy kilkanaście lat temu pisałem pierwszą książkę o 1968 roku, wymieniłem nazwiska 
> wszystkich członków studenckich komitetów strajkowych, które po latach udało mi się
> wydobyć z pamięci moich rozmówców. Było to zaledwie kilkanaście osób. Przy okazji 
> napisałem, że z oczywistych powodów list takich wówczas nie sporządzano, żeby nie
> ułatwiać pracy bezpiece. Okazuje się jednak, że w MSW opracowano dokładne spisy 
> członków komitetów strajkowych ze wszystkich szkół wyższych z całej Polski: imię,
> nazwisko, adres, uczelnia itd. Dziś można je odszukać w archiwum IPN.
> 
> Można też tam znaleźć inną bezcenną dla historyka rzecz, mianowicie, szczegółowe 
> opisy tego, co w języku MSW nazywa się "wrogimi wystąpieniami", jak choćby ulotki czy
> napisy na murach. I w tym wypadku wszystko jest policzone, zmierzone, 
> zarejestrowane, co do sztuki. Wiemy, ile ulotek przechwyciło MSW. Jest to ogromna 
> liczba. Po
> inwazji na Czechosłowację, w sierpniu i wrześniu, tych ulotek było więcej niż w 
> latach 1965-67 razem wziętych. 
> 
> Zawsze mnie intrygowało, czy gdy ktoś napisał w szalecie na przykład "Precz z 
> Gomułką", to coś z tego wynikało. Otóż wynikało! Za każdym razem taki napis był 
> dokładnie
> mierzony i nierzadko fotografowany przez specjalną grupę, która następnie 
> podejmowała czynności śledcze mające na celu ustalenie autora. 
> 
> - Mierzyła wielkość, opisywała, a potem wdrażała śledztwo? 
> 
> - A co ciekawe, duża część tych śledztw, może 25 procent, może 30, a może jeszcze 
> więcej, kończyła się po kilkunastu dniach notatkami, że zatrzymano takiego a takiego,
> zamieszkałego tu a tu, którego "ustalono jako autora" jakiegoś konkretnego napisu. 
> To pokazuje, że mieliśmy do czynienia z państwem niczym z powieści George'a Orwella
> Rok 1984 - z wszechobecnością służb specjalnych. Z dokumentów MSW wyziera zresztą 
> nieprzeparta chęć kontrolowania wszystkiego. Przyznam, że po lekturze tych
> materiałów zmieniło się moje spojrzenie na PRL. Wielokrotnie publicznie głosiłem, że 
> po 1956 roku było to państwo autorytarne. Dziś też napisałbym, że było to państwo
> rządzone w sposób autorytarny. Ale w sferze pomysłu, projektu, tego, co by się 
> chciało zrealizować - jestem o tym jak najgłębiej przekonany - do samego roku 1989 
> był to
> model państwa totalitarnego. Nadal chciano wszystko trzymać pod kontrolą, ale nie 
> można już było tego zrealizować, bo społeczeństwo bez stalinowskiego terroru żyło
> swobodniej i trudniej poddawało się kontroli. Ludzie wyjeżdżali za granicę, a poza 
> tym za sprawą telewizji, zachodnich filmów, tłumaczonych książek była jednak 
> zupełnie inna
> niż wcześniej wiedza o otaczającym PRL świecie współczesnym. Jednocześnie w umysłach 
> funkcjonariuszy pomysł, żeby wszystkich objąć kontrolą i mieć swoje "wtyczki",
> nawet w najmniejszych grupkach osób nieprzychylnych władzy, cały czas był obecny. 
> 
> W czasach PRL często żartowaliśmy z podsłuchów, inwigilacji, z tego, że wszędzie są 
> agenci, mikrofony, kamery. Oczywiście, nie wszędzie były. Ale inwigilacja miała
> miejsce w bardzo wielu miejscach, także w takich, w których zupełnie nie 
> spodziewalibyśmy się tego, na przykład w pokojach profesorów i asystentów na 
> uniwersytetach, w
> rezydencjach biskupów. Jednak z tym łączyły się znaczne koszty. Znacznie tańszy był 
> oddany tajny współpracownik, który natychmiast donosił, co kto powiedział, gdzie kto
> był. Tajni współpracownicy byli głównym źródłem informacji - po prostu byli bezcenni 
> z punktu widzenia władzy komunistycznej. 
> 
> - Czy wiemy, jak liczna była agentura w ówczesnym ruchu studenckim? 
> 
> - Na to pytanie przynajmniej na razie nie można odpowiedzieć precyzyjnie. Po 
> pierwsze, tak naprawdę jesteśmy dopiero na początku drogi i czeka nas wiele lat 
> badań. Po
> drugie, ktoś mógł nie być tajnym współpracownikiem, a na przykład swoimi składanymi 
> w śledztwie zeznaniami zaszkodzić kolegom znacznie bardziej niż ktoś stale i w
> sposób sformalizowany współpracujący ze Służbą Bezpieczeństwa. Na niezwykle dla mnie 
> ważne pytanie, czy w środowisku tak zwanych komandosów przed Marcem był
> ktoś, kto donosił, nadal nie umiem odpowiedzieć. Nie ma na to - jak dotychczas - 
> żadnych dowodów. Wydaje się, że w wąsko rozumianej grupie około 20 osób takiego kogoś
> nie było, ale przecież wokół tego wąskiego kręgu skupiało się kilkadziesiąt dalszych 
> osób i tutaj mogło być już różnie. 
> 
> Poza tym na przykład o wiecu 8 marca zawczasu mógł wiedzieć każdy studiujący wtedy 
> na Uniwersytecie Warszawskim. To nie była żadna tajemnica, którą mogliby SB
> "sprzedawać" tajni współpracownicy. Zawiadomienia o wiecu wisiały wszak na 
> niektórych wydziałowych tablicach ogłoszeń. Zresztą gdyby wieść o nim nie była 
> szeroko
> rozkolportowana, nie przyszłoby te dwa-trzy tysiące ludzi. 
> 
> A tak na marginesie, to czy wie pani, jaką część tłumu stanowili młodzieżowi i 
> partyjni aktywiści? Jak pani sądzi, jaką część z pięciotysięcznego zgromadzenia przed
> Biblioteką Uniwersytetu Łódzkiego stanowił tak zwany aktyw młodzieżowy? 
> 
> - Jedną dziesiątą, jedną piątą? 
> 
> - Też bym tak powiedział, ale nie: połowę! Dwa i pół tysiąca osób to, jak wynika z 
> materiałów bezpieki, aktywiści z komunistycznych młodzieżówek z okolicznych uczelni i
> zakładów pracy. Byłem zszokowany, bo jak w takim razie to wszystko opisywać, 
> analizować? Wiec był antyreżimowy, ale obecność tak dużej liczby aktywu, działaczy
> partyjnych, funkcjonariuszy, zmienia przecież nieco jego obraz. 
> 
> A wracając do tematu: w archiwach znajdują się liczące po kilkadziesiąt stron 
> maszynopisu zapisy obserwacji, minuta po minucie, dzień po dniu, kilkudziesięciu 
> osób. Nie
> dziwi zainteresowanie SB Jerzym Andrzejewskim, Pawłem Jasienicą, Stefanem 
> Kisielewskim, Leszkiem Kołakowskim czy Antonim Słonimskim. Ale znajdujemy tam również
> nazwiska osób od dawna pozostających poza głównym nurtem życia publicznego, takich 
> jak: Antoni Alster, Jakub Berman, Anatol Fejgin czy Wacław Komar. Zarazem jednak
> dzięki ówczesnemu MSW wiemy, kto z nich był na jakim filmie, kto, z kim, kiedy i w 
> jakiej restauracji jadł obiad, z kim i jak długo rozmawiał przez telefon, z kim się
> kontaktował itd. 
> 
> - Po co gromadzono te informacje? 
> 
> - Zainteresowanie tymi ludźmi - jak sądzę - wynikało wyłącznie z ich żydowskiego 
> pochodzenia. Stopień antysemityzmu aparatu bezpieczeństwa był wówczas ogromny.
> Funkcjonariusze pozwalali sobie wtedy na wiele i pisali w raportach bez ogródek: 
> "Żyd". Kowalski spotkał się z "Żydem" Wiśniewskim, a był przy tym "Żyd" Nowak. I co
> ciekawe, meldunki różnią się w swojej antysemickiej napastliwości w zależności od 
> miejsca sporządzenia. Z katowickiej SB były najmniej antysemickie, z gdańskiej -
> najbardziej, wręcz "zoologicznie" antysemicie. 
> 
> - Skąd te różnice? Zależało to od szefów, atmosfery w poszczególnych urzędach? 
> 
> - Być może tak, tego nie wiem. Mogło to się też wiązać z rozeznaniem sytuacji w 
> centrali. Antysemita z Gdańska pisze dla antysemity w centrali to, co ten chce 
> przeczytać.
> Trudno dziś sobie wyobrazić, żeby główne wydanie Wiadomości zaczynało się na 
> przykłąd od informacji, jak naprawdę nazywa się ten czy ów dygnitarz. A wiosną 1968 
> roku
> tak właśnie było. Antysemityzm trafił do telewizji, radia, na pierwsze strony gazet. 
> Na tym również polegała niezwykłość tamtego czasu. 
> 
> Dzięki skrupulatności funkcjonariuszy i ich współpracowników mogliśmy też dowiedzieć 
> się o szczegółach wystąpień w miastach, w których nie było wówczas szkół wyższych
> (Bielsko-Biała, Legnica, Radom i Tarnów). Okazuje się, że w małym powiatowym 
> Tarnowie zajścia uliczne były prawie porównywalne z tymi w Krakowie, wielkim ośrodku
> miejskim i akademickim. 
> 
> Tamten ruch wolnościowy był dużo głębszy niż do tej pory mogło się nam wydawać. 
> Studenci rozwozili informacje, ulotki po całym kraju, do swoich domów, do innych
> środowisk, wiejskich czy małomiasteczkowych. Trzeba przy tym stale pamiętać, że 
> skala inwigilacji była ogromna. Milicja i SB obserwowały na przykład, że oto student 
> X
> przyjechał do wsi i przywiózł, dajmy na to, 6 ulotek. Odbyto z nim rozmowę 
> ostrzegawczo-wyjaśniającą i wszystko to zostało opisane. 
> 
> Chciałbym jeszcze na chwilę wrócić do manifestacji w Tarnowie, gdzie zatrzymano 
> prawie 100 osób. Byli wśród nich - obok słuchaczy Studium Nauczycielskiego - 
> uczniowie
> szkół średnich i zawodowych, ale również młodzi robotnicy. 
> 
> - A więc nie jest prawdą, że w "wydarzeniach marcowych" wzięli udział studenci, 
> inteligenci, a robotnicy ich nie popierali? 
> 
> - To stereotyp długo świadomie podtrzymywany przez władzę, która kierowała się 
> zasadą "dziel i rządź", a potem - świadomie lub nie - przejęty przez ludzi 
> antykomunistycznej
> opozycji i "Solidarności". Może trudno w to uwierzyć, ale zdecydowaną większość 
> zatrzymanych w marcu 1968 roku stanowili robotnicy. I, co ważne, robotnicy młodzi, 
> też
> dwudziestoletni. Łączył ich dość silny kod kulturowy, generacyjny. Wychowani już po 
> wojnie, podobnie jak studenci nierzadko długowłosi, słuchali tej samej muzyki, 
> chodzili na
> te same filmy, często czytali te same książki, nierzadko nawet kochali się w tych 
> samych dziewczynach. Na ogół dość dobrze rozumieli studentów, czyli swoich kolegów z
> podstawówki, harcerstwa, podwórka, drużyny sportowej. Nie rozumieli natomiast ludzi 
> w wieku rodziców czy dziadków. Gdy Gomułka mówił, że przed wojną była taka bieda, że
> chłop na Wołyniu dzielił zapałkę na czworo, to młody robotnik czy student żartował 
> sobie, że peerelowskich zapałek nie dałoby się podzielić i zapalić. 
> 
> Ich punktem odniesienia była młodzież Zachodu i rewolucja lat 60. Mamy tu bowiem do 
> czynienia przede wszystkim z buntem generacyjnym. To bunt pierwszego pokolenia
> PRL, które miało w końcu lat 60. około dwudziestu lat. 
> 
> - Dwa skrajne poglądy o Marcu mówią, że z jednej strony było to przełomowe 
> wydarzenie w dziejach PRL, a z drugiej - po prostu młodzieżowa ruchawka. Który
> jest bliższy prawdy? 
> 
> - Z tego, co się wtedy wydarzyło w Polsce, każdy wydobywa to, co chce, co dla niego 
> bezpośrednio było najważniejsze. Dla Żydów i Polaków pochodzenia żydowskiego
> najważniejsza pozostaje kampania antysemicka, a potem w jej następstwie fala 
> emigracji. Dla ówczesnych studentów to przede wszystkim były protesty na uczelniach:
> manifestacje, wiece, rezolucje, starcia uliczne z milicją i ORMO. Dla pisarzy, 
> naukowców, artystów, niektórych dziennikarzy Marzec jawił się głównie jako pogrom
> antyinteligencki, rugowanie z życia publicznego ludzi o wielkich zasługach dla 
> sztuki, kultury, nauki i jednocześnie awans różnych miernot, które bez tego nic by 
> nie znaczyły w
> życiu intelektualnym Polski. 
> 
> Z kolei dla wielu starych towarzyszy był to rewanż za 1948 rok, kiedy odsunięto z 
> zajmowanych stanowisk Władysława Gomułkę i jego niektórych stronników (w tej grupie 
> byli
> też, między innymi, Mieczysław Moczar i Zenon Kliszko), w czym niepoślednią rolę 
> mieli odegrać "towarzysze pochodzenia żydowskiego". 
> 
> Dla jeszcze innych wydarzenia roku 1968 oznaczają w pierwszej kolejności próbę 
> przechwycenia władzy przez Moczara i skupionych wokół niego "partyzantów". Jednak, 
> jaki
> był jego rzeczywisty cel, nadal nie wiemy, skazani jesteśmy na spekulacje. Jest to 
> jedna z tych zagadek, które najbardziej pobudzają wyobraźnię. A wiemy, że gra w
> ówczesnym kierowanym przez niego MSW była prowadzona bardzo ostro. 
> 
> - Marzec był więc wielowątkowy. 
> 
> - W zasadzie należałoby nawet mówić o Marcach. Są w zasadzie tylko dwa elementy 
> wspólne: Polska i wiosna 1968 roku. Cóż bowiem tak naprawdę łączy wolnościowy zryw
> studentów, którzy protestują przeciwko zdjęciu Dziadów ze sceny Teatru Narodowego i 
> występują w obronie bitych i opluwanych w mediach koleżanek i kolegów, z
> antysemicką kampanią odwołującą się do najbardziej ponurych stereotypów? Próbowano 
> dowieść, że młodzież wiedziona przez "bankrutów politycznych" dążyła do restytucji
> stalinizmu w Polsce. Zupełny obłęd! Co wspólnego ma brutalne atakowanie przez 
> propagandę Słonimskiego czy Jasienicy z zakulisowymi rozgrywkami i czystkami w 
> partii?
> Tylko miejsce i czas: Polska wiosną 1968 roku. 
> 
> - Czy da się dziś powiedzieć coś nowego o takich fundamentalnych sprawach, jak 
> przyczyny i skutki wydarzeń z 1968 roku? 
> 
> - Nie, raczej dotyczy to ich szczegółów. Mam nawet satysfakcję, że wiele fragmentów 
> z mojej pierwszej książki - wydanej kilkanaście lat temu - zachowało wartość.
> Oczywiście, w nowej, którą teraz piszę, niektóre wątki będą wymagać uzupełnienia, 
> wzbogacenia. Z materiałów MSW wynika, że protest ten miał większą skalę, niż można to
> sobie było wyobrazić na podstawie dostępnych wcześniej relacji. MSW dysponowało 
> meldunkami sporządzanymi na podstawie informacji wielu agentów i tajnych
> współpracowników i miało znacznie pełniejszy obraz tych wydarzeń. Okazuje się, że na 
> przykład demonstracja w Gdańsku 15 marca, którą szacowałem wcześniej na nieco
> ponad 5 tysięcy osób, liczyła w szczytowym momencie 20 tysięcy ludzi! W centrum 
> miasta odbyła się kilkugodzinna regularna bitwa robotników i studentów z kilkoma
> tysiącami milicjantów, ormowców, zawodowych wojskowych po cywilnemu, aktywistów itp. 
> Były to walki porównywalne z tymi z 14 grudnia 1970 roku, czyli z pierwszego dnia
> robotniczej rewolty na Wybrzeżu, gdy jeszcze nie używano broni palnej i nie było 
> ofiar śmiertelnych. 
> 
> Kiedyś intuicyjnie twierdziłem, że człowiekiem, który oprócz przywódcy enerdowskich 
> komunistów Waltera Ulbrichta odegrał największą rolę w decyzji o stłumieniu Praskiej
> Wiosny był Władysław Gomułka. Teraz wiem znacznie więcej. Z nowych badań wynika, że 
> do interwencji zbrojnej w Czechosłowacji parł właśnie Gomułka! W pewnym
> momencie w gronie towarzyszy powiedział, że gdyby to od niego zależało, już by 
> interweniował, że szef sowieckiego politbiura Leonid Breżniew i sowieckie 
> kierownictwo
> zachowują się zbyt łagodnie w stosunku do "czechosłowackich towarzyszy". Pozycja 
> Gomułki została wiosną 1968 roku przejściowo poważnie osłabiona. I to, że okazał się
> najwierniejszym z wiernych, najlepszym sojusznikiem Breżniewa, pomogło mu zachować 
> stanowisko I sekretarza. Nie bez przyczyny mówiono, że Moczarowi do realizacji jego
> planów (przy założeniu - rzecz jasna - iż jego celem było wtedy wysadzenie Gomułki z 
> siodła) zabrakło tylko jednego głosu poparcia - głosu Breżniewa. Po 21 sierpnia 1968
> roku, czyli po inwazji na Czechosłowację, Gomułka radykalnie umocnił się. Na V 
> Zjeździe PZPR w listopadzie w Warszawie był obecny Breżniew, który tu właśnie 
> sformułował
> sławną doktrynę, noszącą później jego imię - doktrynę ograniczonej suwerenności 
> państw bloku komunistycznego. 
> 
> - Czy jest w ogóle możliwe śledztwo w sprawie "wydarzeń marcowych", wskazanie - to 
> stosunkowo łatwe - ofiar i katów, skazanie winnych? 
> 
> - Nie. Nie ma ofiar śmiertelnych. Pośrednie ofiary to ludzie, którzy popełnili 
> samobójstwo w tamtym klimacie. Wiemy o kilkunastu takich przypadkach. Dwa 
> najbardziej znane to
> Jerzy Zawieyski i Paweł Jasienica, ale były to ofiary pośrednie antyinteligenckiej 
> kampanii z wiosny 1968 roku. W kategoriach prawnych nie ma komu postawić zarzutu. 
> To, co
> działo się w marcu 1968 roku i zaraz potem, nie było zbrodnią w rozumieniu zbrodni 
> komunistycznej. To problem do rozstrzygnięcia w kategoriach moralnych. Mamy,
> oczywiście, znaczny dyskomfort, gdy widzimy na przykład, że stosunkowo wielu 
> uczestników marcowej nagonki jest dzisiaj wykładowcami na prywatnych uczelniach. 
> Pisał o
> nich niedawno Adam Dobosz w Rzeczpospolitej. I też podkreślał dyskomfort moralny. To 
> przecież narusza nasze poczucie przyzwoitości. 
> 
> Nie ma, co prawda, podstaw ścigania na drodze prokuratorskiej, ale można nazwiska 
> tych ludzi umieścić w książkach, uwiecznić dla potomności, wskazywać, że to, co 
> robili
> wówczas, było obrzydliwe, a przecież nie musieli tego robić. To nie było tak, że 
> ktoś ich zmuszał - "albo napiszesz plugawy artykuł, albo wyrzucamy cię na bruk, a na 
> dodatek
> pobijemy ci dziecko". Takich przypadków nie było. Natomiast było silne, osobiste, 
> emocjonalne zaangażowanie. Niektórzy na tym porobili kariery. Trochę tych nazwisk 
> podałem
> w swojej pierwszej książce. W nowej, którą właśnie przygotowuję, tych nazwisk będzie 
> więcej. Ktoś te antysemickie, antyinteligenckie teksty przecież pisał, ktoś te 
> audycje
> radiowe i telewizyjne realizował. Muszą ponieść choćby moralną odpowiedzialność. 
> 
> - Miło dla ucha brzmi teza, że polskie społeczeństwo, poza wyjątkami, zdało egzamin 
> z 50-lecia, było przyzwoite, trwało w oporze. Jak było naprawdę? Jaki
> wychodzi z tego obraz społeczeństwa? Czy w Marcu społeczeństwo zdało egzamin? 
> 
> - Niestety, nie w pełni. Skala donosicielstwa była jednak ogromna. I nie chodzi 
> tylko o tajnych współpracowników, działających bądź z "pobudek 
> patriotyczno-obywatelskich",
> bądź przymuszonych szantażem czy donoszących za pieniądze. Chodzi o setki tysięcy 
> ludzi, którzy donosili z własnej, nieprzymuszonej woli i - co więcej - zwykle nie 
> mieli z
> tego żadnych osobistych korzyści. Mamy w archiwach opis tego, o czym mówiło się na 
> przerwie w pokoju nauczycielskim, na uczelni, podczas przerwy śniadaniowej w
> fabryce, wśród oficerów Ludowego Wojska Polskiego, wśród pracowników PGR, a nawet 
> przy obiedzie w wąskiej grupie księży. 
> 
> Jednym z najważniejszych dla mnie odkryć wzbogacających wiedzę na temat polskiego 
> społeczeństwa w tamtym czasie było to, co wyczytałem nie w niedostępnych dotąd
> materiałach archiwalnych, lecz w piśmie Na Antenie. Wydawane przez Radio Wolna 
> Europa, zawierało teksty audycji tego radia. Rzecz dotyczy samospalenia się Ryszarda
> Siwca 8 września 1968 roku na Stadionie X--lecia w czasie uroczystości dożynkowych. 
> Stało się to na oczach blisko 100 tysięcy ludzi, podczas transmisji radiowej i
> telewizyjnej. Na trybunie Władysław Gomułka i całe kierownictwo partyjno-państwowe. 
> I historia Siwca na prawie 20 lat znajduje się w historycznym niebycie. Co się 
> okazuje?
> Na Antenie wiosną 1969 roku opisuje szczerze, jak to było. Kiedy w styczniu 1969 
> roku samospalenia w Pradze dokonał Jan Palach, tygodnik francuski Le Nouvel 
> Observateur
> przypomniał, że podobne tragiczne wydarzenie miało miejsce kilka miesięcy wcześniej 
> w Polsce. Bez nazwiska, bo go nie znali, opisali historię Siwca. I wówczas
> przedrukowała to jedna z brytyjskich gazet. Pewien czytelnik bardzo trzeźwo napisał 
> wówczas list, że to chyba nieprawda, niemożliwe, bo gdyby coś takiego się wydarzyło, 
> to
> przecież Radio Wolna Europa na pewno by o tym powiedziało. 
> 
> W odpowiedzi na ten list Wolna Europa szczerze przyznała, iż rzeczywiście, we 
> wrześniu 1968 roku otrzymali taką informację z Warszawy. Wydawało się to jednak po 
> prostu
> nieprawdopodobne, że o tym, co rozegrało się na oczach tysięcy ludzi, w tym 
> przedstawicieli korpusu dyplomatycznego i zagranicznych dziennikarzy, nawet słowem 
> nie
> zająknęła się żadna polska gazeta, nie podano tej informacji w radiu czy telewizji. 
> Bojąc się wpadki, Wolna Europa nie przekazała w eter informacji o samospaleniu się 
> Siwca. 
> 
> Dla mnie było to wielkie odkrycie w tym znaczeniu, że pokazuje, iż w XX wieku, epoce 
> mass mediów, miało miejsce wydarzenie, które widziało naocznie tysiące ludzi i nikt 
> tego
> nie wyniósł na zewnątrz! Wiemy dziś, że funkcjonariusze po cywilnemu rozpowiadali na 
> stadionie, że facet po pijanemu oblał się wódką, palił papierosa i przypadkowo się
> zapalił. Ale na odnalezionym niedawno w archiwum kilkunastominutowym filmie 
> nakręconym przez SB widać dokładnie, jak to wszystko przebiegało: Siwiec pali się, 
> całe
> ubranie na nim płonie. Wokół niego, w odległości kilkunastu metrów, stoją ludzie, a 
> on cały czas krzyczy, nawet wtedy, gdy go ugaszono. Widok płonącego, cierpiącego,
> krzyczącego człowieka musiał być wstrząsający - bo sam film jest taki - i nikt tego 
> nie wynosi dalej? To jest zagadka ze sfery mentalności. To też świadczy o większej, 
> niż
> nam się do niedawna wydawało, "orwelizacji" naszego społeczeństwa. Jest to takie 
> upiorne przystosowanie na zasadzie - było, nie było, lepiej zapomnieć, nawet jeżeli 
> było, bo
> w końcu po co komu potrzebne są kłopoty. 
> 
> - Czy w związku z Marcem 1968 roku można jeszcze odkryć coś nowego? 
> 
> - Przede wszystkim należałoby zbadać rolę strony sowieckiej w tym, co nazywamy 
> "wydarzeniami marcowymi". Sądzę, że była ona większa, niż dotychczas myśleliśmy.
> Marzec nie był wyłącznie problemem wewnętrznym i trzeba go mocniej wpisywać w 
> kontekst międzynarodowy. Pewne zjawiska mają genezę w wydarzeniach w ZSRS, na
> przykład to, co się nazywa kampanią antysyjonistyczną. Dzisiaj z badań Dariusza 
> Libionki - historyka z IPN w Lublinie - wiemy, że właśnie tam miała ona swoje 
> źródło. Być
> może na przykład wizyta jednego z wiceministrów spraw wewnętrznych ZSRS bezpośrednio 
> przed 8 marca była czystym przypadkiem. Wiem o niej od świętej pamięci
> profesora Józefa Buszki. Natknął się na nią w Muzeum Oświęcimskim, gdzie w księdze 
> pamiątkowej pod datą 6 lub 7 marca 1968 roku wpisał się ów wiceminister w
> towarzystwie Franciszka Szlachcica. Zwykle o tego typu wizytach prasa informowała. 
> Tym razem nawet się nie zająknęła. Czy to coś znaczy? Nie wiem, ale takich tropów 
> jest
> więcej. 
> 
> W styczniu 1968 roku ambasadorem w Moskwie został Jan Ptasiński, jeden z bliskich 
> współpracowników Moczara. Wiemy, że Ptasiński organizował w sowieckiej stolicy
> bardzo mocną kampanię promoczarowską. W jakim celu? Gdy próbuje się składać te 
> ułamkowe informacje, zaczyna się wyłaniać obraz znacznie ostrzejszy niż kiedyś. Rola
> Sowietów w życiu wewnętrznym Polski, także po 1956 roku, była - jak się wydaje - 
> znacznie większa, niż chcieliby się dziś do tego przyznawać niektórzy byli partyjni
> działacze. To ciekawy, nie zbadany jeszcze wątek Marca 1968 roku. 
> 
>             Rozmawiała Anna Pakulska

Odpowiedź listem elektroniczym