http://www.nowe-panstwo.pl/003_2004_miesiecznik/003_2004_rozmowa_paulska.htm
> Jerzy Eisler, historyk, dyrektor warszawskiego oddziału Instytutu > Pamięci Narodowej, profesor w Instytucie Historii PAN. Znawca > dziejów najnowszych Polski i Francji. Wydał monografie: Marzec 1968. > Geneza-przebieg-konsekwencje, Grudzień 1970. Geneza-przebieg-konsekwencje. > > - Co nowego na temat wydarzeń Marca 1968 roku udało się znaleźć w niedawno > odtajnionych archiwach? > > - Gdy wcześniej opisywałem jakieś wydarzenie z 1968 roku, mogłem opierać się przede > wszystkim na ludzkiej pamięci. Relacje były różne. Na ich podstawie trudno było > ustalić > precyzyjnie pewne fakty, na przykład, o której godzinie milicja 8 marca 1968 roku > wkroczyła na dziedziniec Uniwersytetu Warszawskiego. Tymczasem okazuje się, że w > zbiorach MSW przejętych przez IPN znajdują się sporządzane na bieżąco na podstawie > doniesień kilkunastu tajnych agentów sprawozdania, w których każdą manifestację > opisano ze szczegółami, minuta po minucie. Znajdują się tam także informacje mówiące > o tym, o której godzinie wkroczyli do akcji milicjanci, a o której ormowcy i ilu ich > było; > ile wykorzystano armatek wodnych; ile zużyto petard i granatów łzawiących; ile osób > zatrzymano (z dokładnym rozpisaniem imiennym i podziałem na płeć, wiek, > wykształcenie, zawód itd.) Do tego trzeba dodać rozmaite analizy i sporządzane > niemal na gorąco oceny tych wydarzeń. Daje to w sumie zupełnie inną skalę wiedzy. > > Przykładowo, zachował się raport pewnej pani kapitan SB, która 30 stycznia 1968 roku > była na ostatnim spektaklu Dziadów i dwa dni potem w notatce służbowej opisała > wszystko, co działo się wtedy w Teatrze Narodowym. Ma to zupełnie inną wartość niż > relacje składane po dwudziestu i więcej latach. W odróżnieniu od organizatorów > ówczesnej akcji protestacyjnej przeciwko decyzji władz nakazującej zdjęcie Dziadów, > którzy po latach mogliby wyolbrzymiać lub - przeciwnie - minimalizować własną rolę, > ona > nie była zainteresowana w tym, by protesty te sztucznie powiększać bądź pomniejszać > (choć, oczywiście, nie wykluczam, że mogli tym być zainteresowani niektórzy jej > przełożeni). > > Kiedy kilkanaście lat temu pisałem pierwszą książkę o 1968 roku, wymieniłem nazwiska > wszystkich członków studenckich komitetów strajkowych, które po latach udało mi się > wydobyć z pamięci moich rozmówców. Było to zaledwie kilkanaście osób. Przy okazji > napisałem, że z oczywistych powodów list takich wówczas nie sporządzano, żeby nie > ułatwiać pracy bezpiece. Okazuje się jednak, że w MSW opracowano dokładne spisy > członków komitetów strajkowych ze wszystkich szkół wyższych z całej Polski: imię, > nazwisko, adres, uczelnia itd. Dziś można je odszukać w archiwum IPN. > > Można też tam znaleźć inną bezcenną dla historyka rzecz, mianowicie, szczegółowe > opisy tego, co w języku MSW nazywa się "wrogimi wystąpieniami", jak choćby ulotki czy > napisy na murach. I w tym wypadku wszystko jest policzone, zmierzone, > zarejestrowane, co do sztuki. Wiemy, ile ulotek przechwyciło MSW. Jest to ogromna > liczba. Po > inwazji na Czechosłowację, w sierpniu i wrześniu, tych ulotek było więcej niż w > latach 1965-67 razem wziętych. > > Zawsze mnie intrygowało, czy gdy ktoś napisał w szalecie na przykład "Precz z > Gomułką", to coś z tego wynikało. Otóż wynikało! Za każdym razem taki napis był > dokładnie > mierzony i nierzadko fotografowany przez specjalną grupę, która następnie > podejmowała czynności śledcze mające na celu ustalenie autora. > > - Mierzyła wielkość, opisywała, a potem wdrażała śledztwo? > > - A co ciekawe, duża część tych śledztw, może 25 procent, może 30, a może jeszcze > więcej, kończyła się po kilkunastu dniach notatkami, że zatrzymano takiego a takiego, > zamieszkałego tu a tu, którego "ustalono jako autora" jakiegoś konkretnego napisu. > To pokazuje, że mieliśmy do czynienia z państwem niczym z powieści George'a Orwella > Rok 1984 - z wszechobecnością służb specjalnych. Z dokumentów MSW wyziera zresztą > nieprzeparta chęć kontrolowania wszystkiego. Przyznam, że po lekturze tych > materiałów zmieniło się moje spojrzenie na PRL. Wielokrotnie publicznie głosiłem, że > po 1956 roku było to państwo autorytarne. Dziś też napisałbym, że było to państwo > rządzone w sposób autorytarny. Ale w sferze pomysłu, projektu, tego, co by się > chciało zrealizować - jestem o tym jak najgłębiej przekonany - do samego roku 1989 > był to > model państwa totalitarnego. Nadal chciano wszystko trzymać pod kontrolą, ale nie > można już było tego zrealizować, bo społeczeństwo bez stalinowskiego terroru żyło > swobodniej i trudniej poddawało się kontroli. Ludzie wyjeżdżali za granicę, a poza > tym za sprawą telewizji, zachodnich filmów, tłumaczonych książek była jednak > zupełnie inna > niż wcześniej wiedza o otaczającym PRL świecie współczesnym. Jednocześnie w umysłach > funkcjonariuszy pomysł, żeby wszystkich objąć kontrolą i mieć swoje "wtyczki", > nawet w najmniejszych grupkach osób nieprzychylnych władzy, cały czas był obecny. > > W czasach PRL często żartowaliśmy z podsłuchów, inwigilacji, z tego, że wszędzie są > agenci, mikrofony, kamery. Oczywiście, nie wszędzie były. Ale inwigilacja miała > miejsce w bardzo wielu miejscach, także w takich, w których zupełnie nie > spodziewalibyśmy się tego, na przykład w pokojach profesorów i asystentów na > uniwersytetach, w > rezydencjach biskupów. Jednak z tym łączyły się znaczne koszty. Znacznie tańszy był > oddany tajny współpracownik, który natychmiast donosił, co kto powiedział, gdzie kto > był. Tajni współpracownicy byli głównym źródłem informacji - po prostu byli bezcenni > z punktu widzenia władzy komunistycznej. > > - Czy wiemy, jak liczna była agentura w ówczesnym ruchu studenckim? > > - Na to pytanie przynajmniej na razie nie można odpowiedzieć precyzyjnie. Po > pierwsze, tak naprawdę jesteśmy dopiero na początku drogi i czeka nas wiele lat > badań. Po > drugie, ktoś mógł nie być tajnym współpracownikiem, a na przykład swoimi składanymi > w śledztwie zeznaniami zaszkodzić kolegom znacznie bardziej niż ktoś stale i w > sposób sformalizowany współpracujący ze Służbą Bezpieczeństwa. Na niezwykle dla mnie > ważne pytanie, czy w środowisku tak zwanych komandosów przed Marcem był > ktoś, kto donosił, nadal nie umiem odpowiedzieć. Nie ma na to - jak dotychczas - > żadnych dowodów. Wydaje się, że w wąsko rozumianej grupie około 20 osób takiego kogoś > nie było, ale przecież wokół tego wąskiego kręgu skupiało się kilkadziesiąt dalszych > osób i tutaj mogło być już różnie. > > Poza tym na przykład o wiecu 8 marca zawczasu mógł wiedzieć każdy studiujący wtedy > na Uniwersytecie Warszawskim. To nie była żadna tajemnica, którą mogliby SB > "sprzedawać" tajni współpracownicy. Zawiadomienia o wiecu wisiały wszak na > niektórych wydziałowych tablicach ogłoszeń. Zresztą gdyby wieść o nim nie była > szeroko > rozkolportowana, nie przyszłoby te dwa-trzy tysiące ludzi. > > A tak na marginesie, to czy wie pani, jaką część tłumu stanowili młodzieżowi i > partyjni aktywiści? Jak pani sądzi, jaką część z pięciotysięcznego zgromadzenia przed > Biblioteką Uniwersytetu Łódzkiego stanowił tak zwany aktyw młodzieżowy? > > - Jedną dziesiątą, jedną piątą? > > - Też bym tak powiedział, ale nie: połowę! Dwa i pół tysiąca osób to, jak wynika z > materiałów bezpieki, aktywiści z komunistycznych młodzieżówek z okolicznych uczelni i > zakładów pracy. Byłem zszokowany, bo jak w takim razie to wszystko opisywać, > analizować? Wiec był antyreżimowy, ale obecność tak dużej liczby aktywu, działaczy > partyjnych, funkcjonariuszy, zmienia przecież nieco jego obraz. > > A wracając do tematu: w archiwach znajdują się liczące po kilkadziesiąt stron > maszynopisu zapisy obserwacji, minuta po minucie, dzień po dniu, kilkudziesięciu > osób. Nie > dziwi zainteresowanie SB Jerzym Andrzejewskim, Pawłem Jasienicą, Stefanem > Kisielewskim, Leszkiem Kołakowskim czy Antonim Słonimskim. Ale znajdujemy tam również > nazwiska osób od dawna pozostających poza głównym nurtem życia publicznego, takich > jak: Antoni Alster, Jakub Berman, Anatol Fejgin czy Wacław Komar. Zarazem jednak > dzięki ówczesnemu MSW wiemy, kto z nich był na jakim filmie, kto, z kim, kiedy i w > jakiej restauracji jadł obiad, z kim i jak długo rozmawiał przez telefon, z kim się > kontaktował itd. > > - Po co gromadzono te informacje? > > - Zainteresowanie tymi ludźmi - jak sądzę - wynikało wyłącznie z ich żydowskiego > pochodzenia. Stopień antysemityzmu aparatu bezpieczeństwa był wówczas ogromny. > Funkcjonariusze pozwalali sobie wtedy na wiele i pisali w raportach bez ogródek: > "Żyd". Kowalski spotkał się z "Żydem" Wiśniewskim, a był przy tym "Żyd" Nowak. I co > ciekawe, meldunki różnią się w swojej antysemickiej napastliwości w zależności od > miejsca sporządzenia. Z katowickiej SB były najmniej antysemickie, z gdańskiej - > najbardziej, wręcz "zoologicznie" antysemicie. > > - Skąd te różnice? Zależało to od szefów, atmosfery w poszczególnych urzędach? > > - Być może tak, tego nie wiem. Mogło to się też wiązać z rozeznaniem sytuacji w > centrali. Antysemita z Gdańska pisze dla antysemity w centrali to, co ten chce > przeczytać. > Trudno dziś sobie wyobrazić, żeby główne wydanie Wiadomości zaczynało się na > przykłąd od informacji, jak naprawdę nazywa się ten czy ów dygnitarz. A wiosną 1968 > roku > tak właśnie było. Antysemityzm trafił do telewizji, radia, na pierwsze strony gazet. > Na tym również polegała niezwykłość tamtego czasu. > > Dzięki skrupulatności funkcjonariuszy i ich współpracowników mogliśmy też dowiedzieć > się o szczegółach wystąpień w miastach, w których nie było wówczas szkół wyższych > (Bielsko-Biała, Legnica, Radom i Tarnów). Okazuje się, że w małym powiatowym > Tarnowie zajścia uliczne były prawie porównywalne z tymi w Krakowie, wielkim ośrodku > miejskim i akademickim. > > Tamten ruch wolnościowy był dużo głębszy niż do tej pory mogło się nam wydawać. > Studenci rozwozili informacje, ulotki po całym kraju, do swoich domów, do innych > środowisk, wiejskich czy małomiasteczkowych. Trzeba przy tym stale pamiętać, że > skala inwigilacji była ogromna. Milicja i SB obserwowały na przykład, że oto student > X > przyjechał do wsi i przywiózł, dajmy na to, 6 ulotek. Odbyto z nim rozmowę > ostrzegawczo-wyjaśniającą i wszystko to zostało opisane. > > Chciałbym jeszcze na chwilę wrócić do manifestacji w Tarnowie, gdzie zatrzymano > prawie 100 osób. Byli wśród nich - obok słuchaczy Studium Nauczycielskiego - > uczniowie > szkół średnich i zawodowych, ale również młodzi robotnicy. > > - A więc nie jest prawdą, że w "wydarzeniach marcowych" wzięli udział studenci, > inteligenci, a robotnicy ich nie popierali? > > - To stereotyp długo świadomie podtrzymywany przez władzę, która kierowała się > zasadą "dziel i rządź", a potem - świadomie lub nie - przejęty przez ludzi > antykomunistycznej > opozycji i "Solidarności". Może trudno w to uwierzyć, ale zdecydowaną większość > zatrzymanych w marcu 1968 roku stanowili robotnicy. I, co ważne, robotnicy młodzi, > też > dwudziestoletni. Łączył ich dość silny kod kulturowy, generacyjny. Wychowani już po > wojnie, podobnie jak studenci nierzadko długowłosi, słuchali tej samej muzyki, > chodzili na > te same filmy, często czytali te same książki, nierzadko nawet kochali się w tych > samych dziewczynach. Na ogół dość dobrze rozumieli studentów, czyli swoich kolegów z > podstawówki, harcerstwa, podwórka, drużyny sportowej. Nie rozumieli natomiast ludzi > w wieku rodziców czy dziadków. Gdy Gomułka mówił, że przed wojną była taka bieda, że > chłop na Wołyniu dzielił zapałkę na czworo, to młody robotnik czy student żartował > sobie, że peerelowskich zapałek nie dałoby się podzielić i zapalić. > > Ich punktem odniesienia była młodzież Zachodu i rewolucja lat 60. Mamy tu bowiem do > czynienia przede wszystkim z buntem generacyjnym. To bunt pierwszego pokolenia > PRL, które miało w końcu lat 60. około dwudziestu lat. > > - Dwa skrajne poglądy o Marcu mówią, że z jednej strony było to przełomowe > wydarzenie w dziejach PRL, a z drugiej - po prostu młodzieżowa ruchawka. Który > jest bliższy prawdy? > > - Z tego, co się wtedy wydarzyło w Polsce, każdy wydobywa to, co chce, co dla niego > bezpośrednio było najważniejsze. Dla Żydów i Polaków pochodzenia żydowskiego > najważniejsza pozostaje kampania antysemicka, a potem w jej następstwie fala > emigracji. Dla ówczesnych studentów to przede wszystkim były protesty na uczelniach: > manifestacje, wiece, rezolucje, starcia uliczne z milicją i ORMO. Dla pisarzy, > naukowców, artystów, niektórych dziennikarzy Marzec jawił się głównie jako pogrom > antyinteligencki, rugowanie z życia publicznego ludzi o wielkich zasługach dla > sztuki, kultury, nauki i jednocześnie awans różnych miernot, które bez tego nic by > nie znaczyły w > życiu intelektualnym Polski. > > Z kolei dla wielu starych towarzyszy był to rewanż za 1948 rok, kiedy odsunięto z > zajmowanych stanowisk Władysława Gomułkę i jego niektórych stronników (w tej grupie > byli > też, między innymi, Mieczysław Moczar i Zenon Kliszko), w czym niepoślednią rolę > mieli odegrać "towarzysze pochodzenia żydowskiego". > > Dla jeszcze innych wydarzenia roku 1968 oznaczają w pierwszej kolejności próbę > przechwycenia władzy przez Moczara i skupionych wokół niego "partyzantów". Jednak, > jaki > był jego rzeczywisty cel, nadal nie wiemy, skazani jesteśmy na spekulacje. Jest to > jedna z tych zagadek, które najbardziej pobudzają wyobraźnię. A wiemy, że gra w > ówczesnym kierowanym przez niego MSW była prowadzona bardzo ostro. > > - Marzec był więc wielowątkowy. > > - W zasadzie należałoby nawet mówić o Marcach. Są w zasadzie tylko dwa elementy > wspólne: Polska i wiosna 1968 roku. Cóż bowiem tak naprawdę łączy wolnościowy zryw > studentów, którzy protestują przeciwko zdjęciu Dziadów ze sceny Teatru Narodowego i > występują w obronie bitych i opluwanych w mediach koleżanek i kolegów, z > antysemicką kampanią odwołującą się do najbardziej ponurych stereotypów? Próbowano > dowieść, że młodzież wiedziona przez "bankrutów politycznych" dążyła do restytucji > stalinizmu w Polsce. Zupełny obłęd! Co wspólnego ma brutalne atakowanie przez > propagandę Słonimskiego czy Jasienicy z zakulisowymi rozgrywkami i czystkami w > partii? > Tylko miejsce i czas: Polska wiosną 1968 roku. > > - Czy da się dziś powiedzieć coś nowego o takich fundamentalnych sprawach, jak > przyczyny i skutki wydarzeń z 1968 roku? > > - Nie, raczej dotyczy to ich szczegółów. Mam nawet satysfakcję, że wiele fragmentów > z mojej pierwszej książki - wydanej kilkanaście lat temu - zachowało wartość. > Oczywiście, w nowej, którą teraz piszę, niektóre wątki będą wymagać uzupełnienia, > wzbogacenia. Z materiałów MSW wynika, że protest ten miał większą skalę, niż można to > sobie było wyobrazić na podstawie dostępnych wcześniej relacji. MSW dysponowało > meldunkami sporządzanymi na podstawie informacji wielu agentów i tajnych > współpracowników i miało znacznie pełniejszy obraz tych wydarzeń. Okazuje się, że na > przykład demonstracja w Gdańsku 15 marca, którą szacowałem wcześniej na nieco > ponad 5 tysięcy osób, liczyła w szczytowym momencie 20 tysięcy ludzi! W centrum > miasta odbyła się kilkugodzinna regularna bitwa robotników i studentów z kilkoma > tysiącami milicjantów, ormowców, zawodowych wojskowych po cywilnemu, aktywistów itp. > Były to walki porównywalne z tymi z 14 grudnia 1970 roku, czyli z pierwszego dnia > robotniczej rewolty na Wybrzeżu, gdy jeszcze nie używano broni palnej i nie było > ofiar śmiertelnych. > > Kiedyś intuicyjnie twierdziłem, że człowiekiem, który oprócz przywódcy enerdowskich > komunistów Waltera Ulbrichta odegrał największą rolę w decyzji o stłumieniu Praskiej > Wiosny był Władysław Gomułka. Teraz wiem znacznie więcej. Z nowych badań wynika, że > do interwencji zbrojnej w Czechosłowacji parł właśnie Gomułka! W pewnym > momencie w gronie towarzyszy powiedział, że gdyby to od niego zależało, już by > interweniował, że szef sowieckiego politbiura Leonid Breżniew i sowieckie > kierownictwo > zachowują się zbyt łagodnie w stosunku do "czechosłowackich towarzyszy". Pozycja > Gomułki została wiosną 1968 roku przejściowo poważnie osłabiona. I to, że okazał się > najwierniejszym z wiernych, najlepszym sojusznikiem Breżniewa, pomogło mu zachować > stanowisko I sekretarza. Nie bez przyczyny mówiono, że Moczarowi do realizacji jego > planów (przy założeniu - rzecz jasna - iż jego celem było wtedy wysadzenie Gomułki z > siodła) zabrakło tylko jednego głosu poparcia - głosu Breżniewa. Po 21 sierpnia 1968 > roku, czyli po inwazji na Czechosłowację, Gomułka radykalnie umocnił się. Na V > Zjeździe PZPR w listopadzie w Warszawie był obecny Breżniew, który tu właśnie > sformułował > sławną doktrynę, noszącą później jego imię - doktrynę ograniczonej suwerenności > państw bloku komunistycznego. > > - Czy jest w ogóle możliwe śledztwo w sprawie "wydarzeń marcowych", wskazanie - to > stosunkowo łatwe - ofiar i katów, skazanie winnych? > > - Nie. Nie ma ofiar śmiertelnych. Pośrednie ofiary to ludzie, którzy popełnili > samobójstwo w tamtym klimacie. Wiemy o kilkunastu takich przypadkach. Dwa > najbardziej znane to > Jerzy Zawieyski i Paweł Jasienica, ale były to ofiary pośrednie antyinteligenckiej > kampanii z wiosny 1968 roku. W kategoriach prawnych nie ma komu postawić zarzutu. > To, co > działo się w marcu 1968 roku i zaraz potem, nie było zbrodnią w rozumieniu zbrodni > komunistycznej. To problem do rozstrzygnięcia w kategoriach moralnych. Mamy, > oczywiście, znaczny dyskomfort, gdy widzimy na przykład, że stosunkowo wielu > uczestników marcowej nagonki jest dzisiaj wykładowcami na prywatnych uczelniach. > Pisał o > nich niedawno Adam Dobosz w Rzeczpospolitej. I też podkreślał dyskomfort moralny. To > przecież narusza nasze poczucie przyzwoitości. > > Nie ma, co prawda, podstaw ścigania na drodze prokuratorskiej, ale można nazwiska > tych ludzi umieścić w książkach, uwiecznić dla potomności, wskazywać, że to, co > robili > wówczas, było obrzydliwe, a przecież nie musieli tego robić. To nie było tak, że > ktoś ich zmuszał - "albo napiszesz plugawy artykuł, albo wyrzucamy cię na bruk, a na > dodatek > pobijemy ci dziecko". Takich przypadków nie było. Natomiast było silne, osobiste, > emocjonalne zaangażowanie. Niektórzy na tym porobili kariery. Trochę tych nazwisk > podałem > w swojej pierwszej książce. W nowej, którą właśnie przygotowuję, tych nazwisk będzie > więcej. Ktoś te antysemickie, antyinteligenckie teksty przecież pisał, ktoś te > audycje > radiowe i telewizyjne realizował. Muszą ponieść choćby moralną odpowiedzialność. > > - Miło dla ucha brzmi teza, że polskie społeczeństwo, poza wyjątkami, zdało egzamin > z 50-lecia, było przyzwoite, trwało w oporze. Jak było naprawdę? Jaki > wychodzi z tego obraz społeczeństwa? Czy w Marcu społeczeństwo zdało egzamin? > > - Niestety, nie w pełni. Skala donosicielstwa była jednak ogromna. I nie chodzi > tylko o tajnych współpracowników, działających bądź z "pobudek > patriotyczno-obywatelskich", > bądź przymuszonych szantażem czy donoszących za pieniądze. Chodzi o setki tysięcy > ludzi, którzy donosili z własnej, nieprzymuszonej woli i - co więcej - zwykle nie > mieli z > tego żadnych osobistych korzyści. Mamy w archiwach opis tego, o czym mówiło się na > przerwie w pokoju nauczycielskim, na uczelni, podczas przerwy śniadaniowej w > fabryce, wśród oficerów Ludowego Wojska Polskiego, wśród pracowników PGR, a nawet > przy obiedzie w wąskiej grupie księży. > > Jednym z najważniejszych dla mnie odkryć wzbogacających wiedzę na temat polskiego > społeczeństwa w tamtym czasie było to, co wyczytałem nie w niedostępnych dotąd > materiałach archiwalnych, lecz w piśmie Na Antenie. Wydawane przez Radio Wolna > Europa, zawierało teksty audycji tego radia. Rzecz dotyczy samospalenia się Ryszarda > Siwca 8 września 1968 roku na Stadionie X--lecia w czasie uroczystości dożynkowych. > Stało się to na oczach blisko 100 tysięcy ludzi, podczas transmisji radiowej i > telewizyjnej. Na trybunie Władysław Gomułka i całe kierownictwo partyjno-państwowe. > I historia Siwca na prawie 20 lat znajduje się w historycznym niebycie. Co się > okazuje? > Na Antenie wiosną 1969 roku opisuje szczerze, jak to było. Kiedy w styczniu 1969 > roku samospalenia w Pradze dokonał Jan Palach, tygodnik francuski Le Nouvel > Observateur > przypomniał, że podobne tragiczne wydarzenie miało miejsce kilka miesięcy wcześniej > w Polsce. Bez nazwiska, bo go nie znali, opisali historię Siwca. I wówczas > przedrukowała to jedna z brytyjskich gazet. Pewien czytelnik bardzo trzeźwo napisał > wówczas list, że to chyba nieprawda, niemożliwe, bo gdyby coś takiego się wydarzyło, > to > przecież Radio Wolna Europa na pewno by o tym powiedziało. > > W odpowiedzi na ten list Wolna Europa szczerze przyznała, iż rzeczywiście, we > wrześniu 1968 roku otrzymali taką informację z Warszawy. Wydawało się to jednak po > prostu > nieprawdopodobne, że o tym, co rozegrało się na oczach tysięcy ludzi, w tym > przedstawicieli korpusu dyplomatycznego i zagranicznych dziennikarzy, nawet słowem > nie > zająknęła się żadna polska gazeta, nie podano tej informacji w radiu czy telewizji. > Bojąc się wpadki, Wolna Europa nie przekazała w eter informacji o samospaleniu się > Siwca. > > Dla mnie było to wielkie odkrycie w tym znaczeniu, że pokazuje, iż w XX wieku, epoce > mass mediów, miało miejsce wydarzenie, które widziało naocznie tysiące ludzi i nikt > tego > nie wyniósł na zewnątrz! Wiemy dziś, że funkcjonariusze po cywilnemu rozpowiadali na > stadionie, że facet po pijanemu oblał się wódką, palił papierosa i przypadkowo się > zapalił. Ale na odnalezionym niedawno w archiwum kilkunastominutowym filmie > nakręconym przez SB widać dokładnie, jak to wszystko przebiegało: Siwiec pali się, > całe > ubranie na nim płonie. Wokół niego, w odległości kilkunastu metrów, stoją ludzie, a > on cały czas krzyczy, nawet wtedy, gdy go ugaszono. Widok płonącego, cierpiącego, > krzyczącego człowieka musiał być wstrząsający - bo sam film jest taki - i nikt tego > nie wynosi dalej? To jest zagadka ze sfery mentalności. To też świadczy o większej, > niż > nam się do niedawna wydawało, "orwelizacji" naszego społeczeństwa. Jest to takie > upiorne przystosowanie na zasadzie - było, nie było, lepiej zapomnieć, nawet jeżeli > było, bo > w końcu po co komu potrzebne są kłopoty. > > - Czy w związku z Marcem 1968 roku można jeszcze odkryć coś nowego? > > - Przede wszystkim należałoby zbadać rolę strony sowieckiej w tym, co nazywamy > "wydarzeniami marcowymi". Sądzę, że była ona większa, niż dotychczas myśleliśmy. > Marzec nie był wyłącznie problemem wewnętrznym i trzeba go mocniej wpisywać w > kontekst międzynarodowy. Pewne zjawiska mają genezę w wydarzeniach w ZSRS, na > przykład to, co się nazywa kampanią antysyjonistyczną. Dzisiaj z badań Dariusza > Libionki - historyka z IPN w Lublinie - wiemy, że właśnie tam miała ona swoje > źródło. Być > może na przykład wizyta jednego z wiceministrów spraw wewnętrznych ZSRS bezpośrednio > przed 8 marca była czystym przypadkiem. Wiem o niej od świętej pamięci > profesora Józefa Buszki. Natknął się na nią w Muzeum Oświęcimskim, gdzie w księdze > pamiątkowej pod datą 6 lub 7 marca 1968 roku wpisał się ów wiceminister w > towarzystwie Franciszka Szlachcica. Zwykle o tego typu wizytach prasa informowała. > Tym razem nawet się nie zająknęła. Czy to coś znaczy? Nie wiem, ale takich tropów > jest > więcej. > > W styczniu 1968 roku ambasadorem w Moskwie został Jan Ptasiński, jeden z bliskich > współpracowników Moczara. Wiemy, że Ptasiński organizował w sowieckiej stolicy > bardzo mocną kampanię promoczarowską. W jakim celu? Gdy próbuje się składać te > ułamkowe informacje, zaczyna się wyłaniać obraz znacznie ostrzejszy niż kiedyś. Rola > Sowietów w życiu wewnętrznym Polski, także po 1956 roku, była - jak się wydaje - > znacznie większa, niż chcieliby się dziś do tego przyznawać niektórzy byli partyjni > działacze. To ciekawy, nie zbadany jeszcze wątek Marca 1968 roku. > > Rozmawiała Anna Pakulska
