*** From [EMAIL PROTECTED]  [2000-07-14 09:17:11]


"Szczerbiec" nr 4-6

Kilka miesięcy temu, w wywiadzie dla Naszego Dziennika, Jerzy
Kropiwnicki, członek rządu AWS/UW i
wierny wyznawca �zjednoczonej Europy�, gorzko skonstatował, że Unia
Europejska nie będzie teraz
spieszyła się z formalnym przejmowaniem Polski z prostego powodu �
kraj nasz został już całkowicie
poddany kontroli gospodarczej i politycznej UE, która z tego powodu
nie ponosi żadnych obciążeń natury
finansowej (dotacje, dopłaty etc.).

Innymi słowy: brukselski Goldfinger decyduje o tym, jak polski
Kowalski ma urządzać mieszkanie, co jeść, jak
spać, z kim się spotykać, jakie i gdzie zakupy robić � i to
wszystko nie kosztuje go nic, bo Kowalski, bez
względu na wszystko, i tak będzie posłusznie wypełniał dane mu
zalecenia. 

Ryzyko utraty wpływu na to, co się w Polsce dzieje, jest - jak
widać - dla przywódców UE niewielkie. Bowiem
siły rządzące naszym krajem � te z lewa i prawa, od
chrześcijańskiej w nazwie prawicy, po rewolucyjną w
hasłach lewicę � w sposób jednoznaczny już dawno opowiedziały się
przeciwko niepodległości Polski. Z tej
strony władztwo Brukseli jest zapewnione. 

Przełamie tej sytuacji wielu widzi w zorganizowaniu referendum w
sprawie �integracji Polski z Unią
Europejską�. Ale wiara w zbawczą moc referendum, jako ostatniej
szansy na odrzucenie dyktatu unijnego
jest � w obecnej sytuacji politycznej � naiwnością. Nie istnieje
nawet żaden zapis prawny gwarantujący, że
taki sondaż wyborczy musi się odbyć. Decyzję o likwidacji Państwa
Polskiego, w świetle istniejących
przepisów konstytucyjnych, może podjąć w każdej chwili parlament. A
w obecnym jego składzie jakoś nie
widać sił, które mogłyby temu przeszkodzić. Referendum w Polsce
odbędzie się wtedy i tylko wtedy, kiedy
System będzie miał całkowitą pewność zwycięstwa. W innym wypadku
nie ma na to co liczyć. 

Osobiście nie jestem entuzjastą rozwiązania referendalnego. Nawet,
gdyby do niego doszło i Polska by
wygrała, poparcie dla referendum oznaczałoby uznanie za
dopuszczalną praktykę liberalnego absurdu, czyli
ustalania prawdy za pomocą głosowania. Czy dwa plus dwa to cztery,
czy sześć? Czy Bóg istnieje czy może
go nie ma? Ziemia jest płaska czy ma kształt pomarańczy? I tak
dalej, i tak dalej. Odpowiedzi mogą padać
różne, lecz � jak w teleturniejach � prawda jest tylko jedna. A
uzależnianie przyszłości Ojczyzny od kaprysu
mas (z Narodem niewiele mających wspólnego), z natury swej łatwych
do przekupienia obietnicami, to więcej
niż zbrodnia � to nieroztropność. Ponadto, jak powiedziano wyżej,
nie ma nawet pewności, że do takiego
rozwiązania w ogóle dojdzie. 

Jeśli więc nie referendum, to co � słusznie ktoś spyta. Pierwsza
ważna sprawa, na którą musimy brać
poprawkę w naszych działaniach, to czas. Chociaż Unia Europejska
zwłóczy z podjęciem ostatecznych
decyzji, to jednak niemal wszystkie sprawy formalne dotyczące
naszego �przyjęcia� są przygotowane. Jeśli
więc chcemy zwyciężyć, główny wysiłek z naszej strony musi zostać
dokonany w ciągu najbliższego roku,
góra dwóch lat � ale w ciągu, a nie po upływie tego czasu.

Tu sprawą pierwszoplanową są wybory prezydenckie. Głosimy postulat
wykorzystania ich, jako pierwszego
publicznego kroku w kierunku zaprezentowania ogółowi nowej jakości
politycznej, nowej formacji
narodowej, która będzie mogła (etap kolejny) zająć znaczącą pozycję
w wyborach parlamentarnych 2001.
Powtórzę to: �znaczącą�, a więc taką, która będzie w stanie, w
warunkach parlamentarnych, zablokować
niszczenie Polski, bądź też uprawiać skuteczną dywersję polityczną
dla celu jak wyżej. Tego nie da się zrobić,
jeśli w nadchodzących bojach o sejm i senat na parlamentarne fotele
�załapie się� 3 czy 7 posłów. Taki
rezultat może służyć co najwyżej do zorganizowania efektownego
medialnie rozdzierania szat, ale
praktycznego przełożenia na uratowanie Polski mieć nie będzie. 

Na temat strategii walki narodowej pisaliśmy już wielokrotnie.
Jednak słowa, to nie czyny � ważne jest, co w
tym względzie zrobiono konkretnie. A to możemy ująć w następujący
sposób: z naszej inicjatywy sprawy
formacyjno-polityczne ostro ruszyły z miejsca, lecz część osób
spoza naszych środowisk, ludzie z racji
swojej społeczno-politycznej pozycji predysponowani do odegrania
roli przywódczej, zgubili krok, zwolnili -
jakby w pewnym momencie stracili wiarę we własne możliwości. Czy to
się zmieni, czy potrafią nadrobić
stracony czas? Dobrze by było, bo czekać na nich w nieskończoność
nie zamierzamy. 

Adam Gmurczyk


zapodal
kjg


======================================================
Lista 'Prawica'         Owner: <[EMAIL PROTECTED]>

Odpowiedź listem elektroniczym