http://www.wprost.pl/drukuj/?O=57646
> 
>  Rauspolitik 
>  Tygodnik "Wprost", Nr 1112 (21 marca 2004)
> 
>  25 tys. legalnych pracowników polskich firm wyrzucono z Niemiec 
> 
>  Mimo że nie zgadzamy się z polskimi partnerami w niektórych sprawach, serdecznie 
> powitamy
>  Polaków w Unii Europejskiej - stwierdził miesiąc temu kanclerz Gerhard Schröder. To 
> powitanie trwa
>  już od kilku miesięcy, tyle że przyjmuje zaskakujące formy. Niemcy witają nas 
> bowiem w Unii
>  Europejskiej, wyrzucając legalnie pracujących w Niemczech Polaków. Nie dość, że po 
> 1 maja będzie
>  obowiązywać siedmioletnie moratorium na pełne otwarcie przed Polakami niemieckiego 
> rynku pracy,
>  to jeszcze do 1 maja pracę może stracić większość tych, którzy legalnie ją 
> załatwili. Dotychczas do
>  wyjazdu zmuszono 25 tys. pracowników polskich firm budowlanych. To ponad połowa z 
> 41 tys. osób
>  legalnie zatrudnionych za Odrą w tej branży. Jeszcze w 1992 r. u zachodniego 
> sąsiada działało 1520
>  polskich przedsiębiorstw, obecnie zostało ich niespełna 500. W ostatnich miesiącach 
> z Niemiec
>  wyrzucono tylko o tysiąc osób mniej niż podczas słynnych rugów pruskich w 1885 r. 
> Wówczas
>  deportowano z Wielkopolski, będącej pod zaborem Prus, 26 tys. Polaków z zaborów 
> rosyjskiego i
>  austriackiego, legalnie pracujących w fabrykach i rolnictwie. 
>  Powodem wyrzucenia polskich pracowników może być na przykład sprzątanie po 
> zakończonej pracy,
>  jeśli w umowie nie ma się wyraźnie zaznaczonego pozwolenia na sprzątanie. Różnego 
> rodzaju szykany
>  spotkały niemal wszystkie polskie firmy działające na terenie Niemiec. - Niemieckie 
> przepisy o
>  możliwości zatrudnienia osób spoza UE są tak rozbudowane i zawiłe, że nie sposób 
> nie popełnić
>  błędu. Są to jednak z reguły błędy formalne - literowe czy numeryczne, robione przy 
> wpisywaniu danych
>  polskich pracowników - mówi Ryszard Pietrzyk z kancelarii adwokackiej Wendler i 
> Partnerzy w
>  Düsseldorfie. - Naszą firmę rozłożyła bardzo swobodna interpretacja przepisów przez 
> niemieckich
>  urzędników. Potrafią na przykład tak długo sprawdzać przestrzeganie przepisów 
> kodeksu pracy, aż
>  znajdą jakieś drobne uchybienie. To wystarcza do nałożenia drakońskich kar. Do tego 
> dochodzą
>  uwłaczające procedury policyjne, które sprawiają, że uczciwi, ciężko pracujący 
> ludzie są traktowani jak
>  bandyci - mówi Tomasz Zdzikot z nie istniejącego już przedsiębiorstwa Montex SA. - 
> Wynieśliśmy się z
>  Niemiec między innymi ze względu na nie kończące się kontrole - dodaje Mariusz 
> Jabłoński, prokurent
>  spółki Centrozap. 
> 
>  Nieprzyjazna przyjaŹŃ 
>  W lutym 2004 r. aresztowano cztery osoby z kierownictwa firmy Polkat Holding. Dano 
> im trzydzieści
>  sekund na telefoniczną rozmowę z rodziną, a potem przez miesiąc nie powiadamiano 
> polskich władz
>  konsularnych o aresztowaniu. Prokuratura w Mannheim, gdzie mieści się oddział 
> Polkatu, postawiła
>  kierownictwu firmy zarzut "przemytu ludzi do pracy na czarno". Dowiedzieliśmy się, 
> że powodem
>  aresztowania była sprawa z 1997 r. Wtedy na budowie zatrzymano pracownika, któremu 
> dzień
>  wcześniej skończyło się pozwolenie na pracę. Sprawę umorzono, gdy okazało się, że 
> zatrzymany
>  robotnik na budowie pojawił się tylko po to, by pożegnać się z kolegami. 
>  Ryszard Pietrzyk z kancelarii adwokackiej Wendler i Partnerzy po raz pierwszy 
> spotkał się zarzutem, jaki
>  Polkatowi postawił prokurator z Mannheim. Najpierw oskarżył szefów tej firmy o 
> nielegalne
>  wypożyczanie pracowników, a potem o zorganizowany przemyt ludzi. Volkmer Arnold, 
> szef prokuratury w
>  Mannheim, uważa, że aresztowanie Polaków z firmy Polkat było uzasadnione. - Trzech 
> z nich
>  pozostanie w areszcie śledczym i nie będzie zwolnionych nawet za kaucją. Mamy 
> poszlaki, że
>  prowadzili oni zorganizowaną działalność przestępczą i oszukiwali fundusz socjalny 
> - mówi "Wprost"
>  Arnold. 
>  - W ubiegłym roku bardzo się popsuły relacje polityczne na najwyższym szczeblu i 
> zostało to
>  upublicznione przez niemieckie media. To zachęca do ostrych działań w stylu tych, 
> jakie zastosowano
>  wobec szefów Polkatu. Wysłałem w tej sprawie specjalną notę do niemieckiego 
> Ministerstwa Spraw
>  Zagranicznych. Dotychczas nie otrzymałem odpowiedzi - mówi "Wprost" Andrzej Byrt, 
> ambasador RP w
>  Niemczech. 
>  Mimo że firma Polkat działa w Niemczech od ponad 20 lat i nigdy nie udowodniono jej 
> złamania prawa,
>  tym razem zablokowano jej konta bankowe i uniemożliwiono realizację rozpoczętych 
> już dwudziestu
>  kontraktów. Może się to zakończyć plajtą spółki. Szykany niemieckich urzędników 
> wobec pracujących
>  legalnie Polaków narastają od kilku lat. W 1996 r. ponad stu policjantów i 
> kontrolerów zatrzymało w
>  Wiesbaden 38 pracowników firmy Polbau z Opola. Funkcjonariuszom towarzyszyły 
> zawiadomione
>  przez nich ekipy telewizyjne. W wiadomościach informowano o zatrzymaniu "groźnych 
> polskich
>  przestępców". Podczas przesłuchania jednego z robotników przykuto do kaloryfera, a 
> drugiego do
>  krzesła. Temu ostatniemu, gdy chciał skorzystać z toalety, kazano iść tam razem z 
> krzesłem. Powodem
>  zatrzymania było to, że robotnicy nie mieli przy sobie oryginałów dokumentów. 
> Rzeczywiście, Polacy
>  mieli jedynie kserokopie paszportów i pozwoleń, bo oryginały zostawili w hotelu, 
> aby nie zniszczyć ich
>  na budowie. Wypuszczono ich po kilku godzinach i przeproszono. Oczywiście, media 
> już o tym nie
>  wspomniały. Gdy polska ambasada wystosowała protest, niemieckie władze wyraziły 
> ubolewanie. 
>  W 2000 r. niemieckie służby walczące z pracującymi na czarno ponownie zajęły się 
> pracownikami firmy
>  Polbau. - Policjanci przeprowadzili rewizję w sześciu miejscach jednocześnie. Jak 
> zwykle towarzyszyły
>  im telewizyjne ekipy i reporterzy gazet. Dzień później w prasie przeczytałem, że 
> "prowadzę handel
>  żywym towarem". I tym razem szybko okazało się, że atak na nas nie miał podstaw 
> prawnych -
>  opowiada Andrzej Duda, prezes Polbau. 
> 
>  Krucjata zwiĄzkowców 
>  Wyrzucanie Polaków legalnie pracujących w Niemczech oraz sekowanie naszych firm 
> odbywa się pod
>  sztandarami walki z bezrobociem. Z tego powodu już kilka lat temu wprowadzono 
> całkowity zakaz
>  działania polskich firm we wschodnich landach. Rzeczywistym powodem są wysokie 
> podatki
>  powodujące ucieczkę niemieckich firm w szarą strefę oraz niewydolność systemu 
> socjalnego. W 2003
>  r. straty niemieckiego budżetu z tytułu nie zapłaconych podatków i składek 
> socjalnych ze strony
>  pracodawców uciekających do szarej strefy wyniosły aż 348 mld euro. Zwalczanie 
> polskiej konkurencji
>  ma zachęcić niemieckie firmy do wychodzenia z szarej strefy. Jednocześnie Polaków 
> do szarej strefy
>  się spycha, bo wtedy nie korzystają z żadnych świadczeń socjalnych i nie muszą 
> otrzymywać
>  minimalnej stawki wynagrodzenia. 
>  Największym przeciwnikiem polskich przedsiębiorców są niemieckie związki zawodowe, 
> zwłaszcza IG
>  BAU, działający w branży budowlanej. Wielomiesięczne pikiety tego związku 
> sparaliżowały wrocławski
>  Budimex i firma wyniosła się z Niemiec. Klaus Wiesehügel, szef IG BAU, w wywiadzie 
> dla gazety
>  "Wiesbadener Kurier" o jednej z polskich budów powiedział, że "praktykowane są tam 
> działania w stylu
>  mafii". - Nie jest tajemnicą, że w branży budowlanej istnieją wręcz mafijne 
> struktury. Jest to jednak
>  problem ogólny, a nie określenie przypisywane polskim wykonawcom zleceń - mówi 
> "Wprost" Jörg
>  Herpich, rzecznik IG BAU. To właśnie po naciskach IG BAU zaostrzono przepisy prawa 
> pracy i
>  powołano specjalne lotne grupy kontrolerów. 
>  Polskie firmy w Niemczech nie mają równych warunków konkurowania. Za każdorazowe 
> skierowanie
>  pracownika na inną budowę w ramach tej samej firmy trzeba zapłacić minimum 75 euro.
>  Stowarzyszenie Polskich Przedsiębiorstw Usługowych w RFN obliczyło, że niemiecki 
> budżet zarabia
>  tylko z tego tytułu 25 mln euro rocznie. Niemieccy kontrolerzy nakładają na polskie 
> firmy mandaty na
>  przykład za to, że wymagane dokumenty znajdują na innej budowie, gdzie akurat trwa 
> inna kontrola. 
> 
>  Polski wróg 
>  Polskie firmy działają w Niemczech na podstawie umowy podpisanej w styczniu 1990 r. 
> przez
>  ówczesnego ministra pracy Jacka Kuronia. Przewidywała ona, że w Niemczech będzie 
> mogło legalnie
>  pracować 41 tys. Polaków. Już rok później w RFN działało 1520 firm. Polacy 
> odrestaurowali m.in.
>  zamek Brühla niedaleko Bonn, zbudowali linię szybkiej kolei ICE z Kolonii do 
> Frankfurtu nad Menem.
>  Polskie firmy postawiły nowy budynek Bundestagu w Bonn, biurowiec firmy Victoria w 
> Düsseldorfie,
>  kompleks Aculeum we Frankfurcie nad Menem czy słynny Beethovenpark w Kolonii. 
>  Im większe sukcesy odnosiły nasze firmy na niemieckim rynku, tym gorzej były 
> traktowane. Oczywiście,
>  częściowo przyczynili się do tego nasi rodacy łamiący niemieckie przepisy. Obok 
> legalnie pracujących
>  Polaków, na budowach pojawili się zatrudnieni na czarno. Wiele osób nielegalnie 
> przedłużało pobyt.
>  Tyle że nielegalni pracownicy byli zatrudniani także przez niemieckie firmy, lecz 
> kary dla nich były i są
>  niewspółmiernie niższe od tych, które nakłada się na polskie przedsiębiorstwa 
> (często są one
>  dziesięciokrotnie niższe). 
>  Polscy przedsiębiorcy przewidują, że ich sytuacja po wejściu do Unii Europejskiej 
> jeszcze się
>  pogorszy. - Niemcy zamkną swój rynek pracy przed pracownikami z nowych państw, a 
> równocześnie
>  świadczenie części usług, według prawa unijnego, nie będzie podlegało ograniczeniom.
>  Przedsiębiorcy będą mieli trudności z rozróżnieniem, czy podlegają prawu 
> niemieckiemu, czy
>  unijnemu. Znając dotychczasowy sposób działania niemieckich kontrolerów, można się 
> spodziewać
>  niekorzystnej dla nas interpretacji przepisów - tłumaczy Julian Korman, prezydent 
> Stowarzyszenia
>  Polskich Przedsiębiorstw Usługowych w RFN. 
> 
>  Narodowe interesy 
>  Dotychczas z pokorą przyjmowaliśmy dyskryminacyjne praktyki niemieckich władz wobec 
> polskich firm.
>  Przybrały one jednak takie rozmiary, że ta potulność nie ma sensu. - Polska ma 
> prawo do
>  uruchomienia adekwatnych środków w stosunku do niemieckich firm działających w 
> Polsce. Możemy
>  nakładać grzywny, możemy nawet stosować areszt wobec łamiących nasze prawo - 
> tłumaczy
>  ambasador Andrzej Byrt. W polskim MSZ dowiedzieliśmy się, że niemieckie firmy w 
> Polsce nagminnie
>  łamią wymóg posiadania dokumentów dotyczących zatrudnienia w języku kraju, w którym 
> działają. Za
>  ten rodzaj przewinienia w Niemczech na polskie firmy nakładane są wysokie grzywny. 
> W Polsce za to
>  przewinienie jeszcze nikogo nie ukarano. 
>  Polska może też wprowadzać regulacje prawne będące zwyczajową retorsją. W 1999 r. 
> Niemcy
>  ustanowili zryczałtowany podatek w wysokości 25 proc. od wartości każdej umowy 
> realizowanej przez
>  zagraniczną firmę. Ostro zaprotestowały przeciwko temu inne kraje, ale tylko 
> Austria wprowadziła
>  identyczny wymóg wobec niemieckich przedsiębiorstw. To wystarczyło, by Niemcy 
> zrezygnowali z tego
>  podatku. 
>  "Niemcy muszą przede wszystkim dbać o swoje narodowe interesy. Nie ma sensu tego 
> ukrywać. Nasi
>  partnerzy i tak by nam nie uwierzyli, że prowadzimy tylko politykę międzynarodowego 
> altruizmu" - mówił
>  Roman Herzog, były prezydent RFN. Nie ma żadnego powodu, by Polska postępowała 
> inaczej, a nasze
>  firmy i pracownicy byli w Niemczech chłopcem do bicia. 
> 
>  Sławomir Sieradzki 
>  Współpraca: Piotr Cywiński 
>  Berlin 
> 
> 
>

Odpowiedź listem elektroniczym