http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20041204&id=my31.txt

Zderzenie cywilizacji - drugi etap
Nowa strategia światowa
        
        
Pod koniec dziesięciolecia 1990-2000 świat postzimnowojenny nie znalazł jeszcze nowego modelu równowagi. Nie było wiadomo, czy pluralizm cywilizacyjny, jaki się 
wyłonił po zakończeniu zimnej wojny, zostanie zaakceptowany przez świat politycznie wielobiegunowy, czy też mocarstwo, które wygrało tę wojnę, narzuci 
światu model jednobiegunowy z własną hegemonią globalną. Tym mocarstwem były Stany Zjednoczone.

W zmaganiach z ZSRS o utrzymanie równowagi, a potem o uzyskanie przewagi, Stany Zjednoczone rozbudowały swoją potęgę militarną do poziomu, z którego reszta świata nie zdawała sobie sprawy, dopóki ta potęga była wiązana 
przeciwwagą Związku Sowieckiego. Gdy ZSRS upadł, wtedy nagle się okazało, jakim kolosem militarnym jest Ameryka. Pierwszym sprawdzianem tej nowej amerykańskiej skali była wojna "kresowa" na granicy cywilizacyjnej w Jugosławii, w której 
państwa zachodniej Europy nie zdołały w drugiej fazie wojny uspokoić walczących stron i narzucić pokoju. Konflikt rozstrzygnęła dopiero interwencja Stanów Zjednoczonych, chociaż Amerykanie interweniowali niezgodnie ze swoją 
tożsamością cywilizacyjną.
Prawdziwe rozwinięcie amerykańskiej potęgi militarnej, zbudowanej w zmaganiach zimnej wojny, miało nastąpić dopiero w następnym stuleciu. Do końca 
rządów administracji Clintona Stany Zjednoczone miały status mocarstwa, ale podporządkowanego regułom świata wielobiegunowego, określanego Kartą 
Narodów Zjednoczonych, głosowaniami Rady Bezpieczeństwa, wymogami sojuszników Ameryki w Pakcie Atlantyckim.
Demokraci rządzący Ameryką chcieli utrzymać dominację Stanów Zjednoczonych drogą miękkich działań dyplomatycznych, politycznych i finansowo-gospodarczych, wierząc równocześnie w 
nieustannie postępującą, a nawet wyprzedzającą dominację liberalizmu, demokracji i amerykańskiej nauki. Do końca stulecia miał działać jeszcze mit szlachetnego, dzielnego i bezinteresownego 
szeryfa z Dalekiego Zachodu, szeryfa, który podejmował akcje dopiero wtedy, gdy został sprowokowany i działał w obronie własnej lub w obronie pokrzywdzonych.

Republikanie dążą do hegemonii
To wszystko się skończyło z końcem stulecia, gdy do władzy wrócili republikanie i prezydentem Stanów Zjednoczonych został George W. Bush. Głęboka zmiana personalna w amerykańskiej ekipie rządzącej była równoznaczna z całkowitą zmianą strategii światowej. Ameryka postanowiła wykorzystać swoją dysproporcjonalną w skali globalnej przewagę militarną nad resztą świata i zmienić charakter swojego światowego przywództwa z dominacji i hegemonii miękkiej, praktykowanej przez dwie kadencje rządów Clintona, na hegemonię twardą, nawiązującą do epoki Reagana. Czekano tylko na okazję, to znaczy na takie wydarzenie, które wstrząsnęłoby psychiką Amerykanów i nie tylko usprawiedliwiło nową doktrynę wojenną, ale uczyniło ją wręcz konieczną. Wydarzenie takie przyszło 11 września 2001 roku w postaci ataków samolotów pilotowanych przez terrorystów islamskich na wieże światowego centrum handlu w Nowym Jorku. W sferze przeorientowania i mobilizacji amerykańskiej opinii publicznej atak samolotów
"islamskich" w Nowym Jorku odegrał tę samą rolę co atak samolotów japońskich 7 grudnia 1941 roku na bazę Pearl Harbour na Hawajach: pozwolił amerykańskiemu rządowi przejść bezpośrednio do wojny: w 1941 roku od razu, w 2001 r. z pewnym opóźnieniem, ale w obu tych przypadkach wydarzenia te uzasadniły podjęcie przez 
Amerykanów nowej strategii wojennej, i to z pozycji niezmiernie politycznie wygodnej - bo obronnej. Dla "jastrzębi" w rządzie Busha było to jak dar z nieba. Toteż w rok po ataku na wieże WTC prezydent ogłosił nową doktrynę wojenną Ameryki, w której zastrzega sobie prawo do podjęcia wojny prewencyjnej, czyli uprzedzającej, przeciwko każdemu 
państwu, o którym Ameryka może sądzić, że mogłoby stanowić ono potencjalne zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych, a nawet nie dopuści do tego, by taki kraj próbował zmniejszyć różnicę potencjału militarnego między USA a resztą świata. Takie działania uprzedzające Ameryka będzie podejmować - w 
razie konieczności - samodzielnie, bez po
parcia społeczności międzynarodowej. Taka polityka nazywa się unilateralizmem.

Afganistan i atak na Irak Wyposażone w nową doktrynę wojenną Stany Zjednoczone przystąpiły do działania, podejmując atak, który miał pełną legitymację akcji obronnej, jako odpowiedź na zamach terrorystyczny z 11 września 2001 r. Atak został skierowany na wysunięty cypel odmiennej cywilizacji - cywilizacji islamskiej - na Afganistan rządzony przez talibów, którzy dali schronienie terrorystycznej siatce Al-Kaidzie. Atak na Afganistan miał pełne poparcie w ONZ i u większości tzw. społeczności międzynarodowej, a jednocześnie przyniósł wielkie zwycięstwo Ameryce, szczególnie widoczne na tle losów poprzedniej próby opanowania Afganistanu ze strony ZSRS. Związek Sowiecki, mający Afganistan u swojej granicy, co zapewniało mu krótkie drogi transportowe dla zaopatrzenia armii, po dziesięcioletniej wojnie poniósł klęskę i musiał wycofać się z interwencji, co dało początek upadkowi całej struktury imperialnej tego mocarstwa. Stany Zjednoczone, oddalone od Afganistanu o 10 tysięcy kilometrów, zdołały zgromadzić
dostateczną siłę u jego granic, by dokonać karnej ekspedycji, a jednocześnie ze swoich baz w Ameryce prowadziły bezpośrednie bombardowania baz i zgrupowań talibów. Inwazja na Afganistan pokazała kolosalną siłę i zdolność operacyjną Ameryki w skali globalnej. Jednocześnie zwycięstwo w Afganistanie pozwoliło Amerykanom ulokować się w sercu Azji, a więc geostrategicznym punkcie, z którego mogą kontrolować ogromną część kontynentu, a gdzie nigdy nie mogliby się znaleźć, gdyby nie pogoń za bin Ladenem i Al-Kaidą. Był to jakby prezent, który Ameryka otrzymała niechcący od terrorystów (jeśli przyjmiemy oficjalną wersję zamachu z 11 września).
Po łatwym zwycięstwie Amerykanie słusznie mogli żałować, że nie ogłosili swej nowej doktryny wojennej 
wcześniej, natychmiast po upadku Związku Sowieckiego. Mogli uznać, że w ten sposób stracili 8 lat wskutek pasywnej 
dwukadencyjnej prezydentury Clintona.
Sukces militarny w Afganistanie zachęcił Busha do jego powtórzenia. Po ogłoszeniu tzw. osi zła, czyli krajów, które zagrażają bronią masowej zagłady (Korea Północna, Irak i Iran), uznano, że najbardziej groźny jest Irak, gdyż stanowi bezpośrednie zagrożenie dla Izraela, i że należy 
powtórzyć "pustynną burzę" z 1991 r., ale z innym zakończeniem: obaleniem Husajna. Dla uzyskania międzynarodowej polityczno-prawnej akceptacji nowej wojny powiązano terrorystów Al-Kaidy z Husajnem oraz oskarżono Irak o posiadanie broni masowej zagłady (broń atomowa, biologiczna), którą Irak mógłby 
uruchomić jakoby w 45 minut. Mimo że kontrole organizowane przez ONZ nie wykryły broni masowego rażenia i mimo że Husajn zaprzeczał oskarżeniom o jej posiadanie, inwazja amerykańska na Irak ruszyła 20 marca 2003 r., a 9 kwietnia wojska amerykańskie weszły do Bagdadu. Świat przyjął to jednak inaczej niż atak na 
Afganistan. Nie tylko w krajach muzułmańskich, ale i w dziesiątkach innych krajów, w ich stol
icach, a także i w Ameryce, odbyły się potężne demonstracje przeciw napaści na Irak, potępiające działanie amerykańskie jako niesprowokowaną agresję, nieuprawnioną przez ONZ. I tak to trzeba ocenić - jako klasyczną wojnę napastniczą podjętą w ramach nowego imperializmu amerykańskiego.
Protesty przeciw napaści na Irak odbywały się nie tylko na ulicach wielkich miast Wschodu i Zachodu, ale i w gabinetach dyplomatycznych rządów. Dwa główne państwa Unii Europejskiej, Francja i 
Niemcy, potępiły agresję amerykańską, Rosja też wyraziła swój sprzeciw. Chiny zdystansowały się od agresji. Ameryce wprawdzie udało się zorganizować coś na 
kształt koalicji wojennej, ale jedynym jej prawdziwym koalicjantem jest tylko Wielka Brytania zaprawiona w podbojach kolonialnych. Inne państwa, w tym także niestety Polska, wysłały swe małe wojska do Iraku, 
ale tylko w tak zwanej misji stabilizacyjnej.

Moralne porażki islamu
Dziś, po czterech latach rządów Busha, można powiedzieć, że scenariusz Huntingtona z jego "Zderzenia cywilizacji" sprawdza się, jeżeli chodzi o agresję Zachodu na cywilizację islamską: granice islamu nadal krwawią. Natomiast nie sprawdza się to, co Huntington pisał o sile, jaką cywilizacja islamska może w tej 
konfrontacji zmobilizować, a mianowicie o rosnącej przewadze demograficznej krajów i ludów islamskich, a wraz z tym o wyżach demograficznych roczników młodzieżowych w tych krajach. Te zjawiska demograficzne rzeczywiście występują, ale w ciągu ostatniego dziesięciolecia nie przełożyły się one ani na siłę 
polityczną, ani na potencjał militarny. Cywilizacja islamska w dalszym ciągu nie ma państwa - głównego ośrodka, co sprawia, że nie może zidentyfikować swoich interesów cywilizacyjnych i wyrazić ich w języku politycznym, wymagającym jedności. Odwrotnie, podjęcie przez Amerykę walki z terroryzmem islamskim i inwazja na Irak - 
mimo potępienia tej inwazji przez większość ś
wiatowej opinii publicznej - nie spowodowała mobilizacji i sojuszu państw islamskich. Przeciwnie, można dostrzec objawy wycofywania się lub w ogóle występowanie w tej zderzeniowej konfrontacji po stronie cywilizacyjnego wroga. Przykładem jest islamski przecież Pakistan, natomiast wycofanie się z frontu antyamerykańskiego ogłosiła niedawno Libia, mimo poprzednich buńczucznych wypowiedzi Kadafiego.
Pewne zjawiska w czasie kilkutygodniowej wojny w Iraku i obecnej półtorarocznej okupacji kraju wskazują również na erozję siły moralnej po stronie islamskiej. Sama kampania wojenna przypominała nieszkodliwy spacer Amerykanów po pustyni, gdyż armia iracka 
nie walczyła, a generałowie iraccy z osławioną żelazną gwardią na czele, przekupywani dolarami, poddawali się, a potem znikali, uzyskawszy bezpieczne schronienie w dalekich krajach. Inne zjawisko to pojmanie kolejnych przywódców irackich zdradzonych 
przez swoich przyjaciół i krewnych oraz informacje, jakie dostają Amerykanie, gdzie bombardować, aby precyzyjnie trafić w kryjówki i składy partyzantów. Amerykanie wygrywają nie tylko nowoczesnym sprzętem wojennym, ale również 
potężnym strumieniem dolarów. I wśród wyznawców proroka spotykają tych, którzy te dolary biorą.

Dlaczego Bush wygrał wybory w 2000 roku?
Jest grudzień 2004 roku, w Iraku trwa proces "stabilizacji" znaczony dziennie dziesiątkami zabitych i setkami rannych, a w Ameryce prezydent Bush święci tryumfy po wygraniu wyborów na drugą kadencję. Świat stoi przed 
następną fazą zderzenia cywilizacji. Jaki będzie miała przebieg i jaki będzie jej wynik? Aby zbliżyć się do odpowiedzi na te pytania, trzeba przedtem zapytać, co się stało w Ameryce, że wybory w 
2004 roku wygrał George W. Bush. Pytanie jest zasadne, gdyż dla wielu tzw. obserwatorów, a może nawet dla większości, wygrana Busha była niespodzianką, a przy tym niespodzianką bardzo gorzką.
Jeśli doświadczenia z przeszłości mogły na coś wskazywać, to tylko na jedno: George Bush nie powinien wygrać wyborów w 2004 roku, lecz powinien przegrać, tak jak jego ojciec przed 12 laty. Analogia z wyborami sprzed 12 lat była bowiem uderzająca. Bush senior startował do drugiej kadencji w 1991 r. po 
krótkiej i zwycięskiej wojnie z Irakiem, w której miał poparcie ONZ, większości światowej opinii publicznej i działał na czele autentycznej koalicji głównych państw zachodnich. W Ameryce protestów przeciw wojnie z Irakiem jako agresorem (na Kuwejt) nie było. W czasie kampanii wyborczej wojna w Iraku 
była już zakończona i nie pociągnęła za sobą dużych ofiar. Mimo to wybory wygrali demokraci, prowadząc kampanię wyborczą pod hasłem "Gospodarka, durniu!", aby pomniejszyć znaczenie niedawnej zwycięskiej wojny. Wydawało się, że tak będzie i w 2004 roku: po 
jednokadencyjnej prezydenturze Busha juniora znów wygrają demokraci, posługując się nawet tym samym hasłem co 12 lat temu.
Jednak już w 2000 roku republikanie wyciągnęli wnioski z poprzednich wyborów, które brzmiały: bez przyciągnięcia dodatkowej siły politycznej nie wygramy. Jaka to mogła być siła? Byli nią Żydzi. Tradycyjny anglosaski aparat partii republikańskiej, konserwatywny i nastawiony narodowo, zdołał sprzymierzyć się (przeciągnąć na 
swoją stronę) kilka wpływowych środowisk żydowskich (głównie tzw. syjonistów-neokonserwatystów), które dotychczas głosiły orientację liberalno-lewicową i działały w partii demokratycznej. Ale wobec propozycji republikanów Żydzi się rozdzielili i część z nich, właśnie syjoniści-neokonserwatyści, 
poparła Busha, wnosząc jednocześnie do programu republikanów idee nowej doktryny wojennej - wojny prewencyjnej. Ta nowa koalicja okazała się nie do pokonania już w pierwszym podejściu, w wyborach w 2000 roku. Demokraci też mieli swoich asów żydowskich: Gore'a i Liebermana, oraz całe zaplecze polityczne administracji Clintona. W 2000 roku walka była więc dość 
wyrówn
ana, gdyż przesunięcie punktu ciężkości nie było łatwe. Ale było pewne. Pamiętamy, że gdy ważyły się losy wyniku wyborczego, Gore działał gorączkowo, upominając się o skrupulatne liczenie głosów, między innymi na Florydzie, a Bush beztrosko wyjechał na swoje rancho, pozostawiając sprawę swojemu aparatowi wyborczemu. Zabiegi Gore'a nic nie dały mimo ponownego liczenia głosów, gdyż Sąd Najwyższy Florydy przyznał zwycięstwo Bushowi (choć w skali kraju uzyskał on mniej głosów niż jego konkurent). Teraz, po czterech latach rządów Busha, możemy już się domyślać, że ówczesny wybór był wcześniej przesądzony (nomen omen) przez najwyższe czynniki ponadpartyjne sojuszu żydowsko-żydowskiego.

Podliczone koszty pierwszej kadencji Busha Z punktu widzenia interesów Ameryki pierwsza kadencja rządów Busha kończy się fatalnie. Choć sama kampania wojenna w Iraku zakończyła się dawno, kraj został zajęty, Husajn i jego generałowie pojmani, ale wojna trwa, żołnierze amerykańscy giną, zamachy się mnożą, stabilizacji nie ma, rurociągi z ropą i gazem są ciągle wysadzane w powietrze lub podpalane, tzw. koalicja, która wysłała swe wojska dla towarzyszenia Amerykanom w okupacji, topnieje z miesiąca na miesiąc. Na płaszczyźnie politycznej Ameryka pozostaje w izolacji. Unia Europejska zachowuje dystans zarówno do agresji na Irak, jak i do nowej amerykańskiej doktryny wojennej, reszta tzw. społeczności międzynarodowej widzi w potężnej Ameryce nie czynnik utrzymania ładu międzynarodowego, ale ośrodek niepokoju i ogólnoświatowej agresji. W płaszczyźnie gospodarczej potęga ekonomiczna Ameryki ulega szybkiej erozji. USA stają się największym światowym dłużnikiem, importują dwa razy tyle, co eksportują, mają największy ujemny bilans handlowy z zagranicą, państwo amerykańskie zadłuża się na skalę dotychczas niespotykaną. Bush doprowadził budżet państwa do katastrofy, zmniejszając podatki, i to najbogatszym, a zwiększając wydatki między innymi na wojnę w Iraku. Deficyt budżetu centralnego USA wyniesie w 2004 roku blisko pół biliona dolarów, co stanowi 5 proc. PKB, i wyrósł on do tej wysokości w ostatnich trzech latach; w 2001 roku jeszcze zamykał się nadwyżką. W rezultacie dług publiczny Stanów Zjednoczonych przekracza już kwotę produktu krajowego brutto. Sytuacja na rynku pracy pogorszyła się i w okresie kadencji Busha ubyło prawie milion miejsc pracy, między innymi wskutek tzw. delokalizacji, czyli przenoszenia produkcji za granicę w procesie globalizacji. Nie został zahamowany spadek płac realnych, zwłaszcza
klasy średniej, który trwa od ponad 50 lat, przy jednoczesnym wzroście PKB na mieszkańca. Oznacza to zatem wzrost zróżnicowań w dochodach, które osiągają już skalę taką jak w Brazylii. Jednocześnie mnożą się afery finansowe w wielkich koncernach, korporacjach i funduszach powierniczych, których ofiarą padają nieraz fundusze emerytalne tysięcy ludzi. Upada cała sfera socjalna, coraz więcej ludzi nie ma ubezpieczenia zdrowotnego i emerytalnego, pogłębia się zapaść szkolnictwa podstawowego i średniego.
Tak więc w ostatniej kampanii wyborczej można by poszerzyć slogan zastosowany przez demokratów 
wobec Busha seniora w 1991 roku: "Nie tylko gospodarka, ale także wojna i polityka zagraniczna, 
durniu!".

Przewidywane koszty drugiej kadencji Busha
Mimo takich rezultatów należy przypuszczać, że Bush nie zmieni swej polityki zagranicznej. Wygranie wyborów umocni go w przekonaniu, że jego linia jest słuszna, a co ważniejsze - że znalazła uznanie i aprobatę u wyborców. Nie zmieni swej polityki również 
dlatego, że nie pozwoli na to jego bezpośrednie otoczenie - żydowscy neokonserwatyści-syjoniści, którzy ulokowali się w głównych ośrodkach władzy administracji republikańskiej. Oni jeszcze nie osiągnęli swoich celów i opanowanie Iraku, a przedtem 
Afganistanu, stanowi dopiero etap na drodze do stworzenia Wielkiego Izraela - jako docelowego hegemona w skali planetarnej. Docelowego, gdyż zwróćmy uwagę, że wprawdzie przez cały czas istnienia państwa żydowskiego Stany Zjednoczone były sojusznikiem (i opiekunem) Izraela, ale Izrael 
nie był bynajmniej lojalnym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, do których raz po raz Żydzi wysyłali swoich szpiegów do wykradania tajemnic zbrojeniowych, które potem sprzedawali Chinom.
Kontynuacja hegemonistycznej polityki, i to brutalnymi środkami militarnymi, obciąży Stany Zjednoczone rosnącymi kosztami finansowymi. Ponieważ Bush nie podniesie podatków tym, którzy mogą płacić, czyli bogatym, bo na nich opiera się jego władza, a wydatki na wojnę i zbrojenia będą rosły, więc kolejne budżety będą coraz 
bardziej deficytowe i dług publiczny będzie narastał. Równocześnie wzrośnie deficyt w handlu zagranicznym i Ameryka będzie coraz bardziej zależna od utrzymania dotychczasowej pozycji dolara jako światowej waluty rezerwowej, którą świat ciągle przyjmuje, ale która słabnie z miesiąca na miesiąc. Jeżeli w pewnym momencie światowi 
spekulanci finansowi przestaną kupować obligacje amerykańskie, czyli pożyczać rządowi amerykańskiemu, to w chwilę później dojdą do wniosku, że mogą już nie odzyskać swoich oszczędności, i przedstawią skarbowi USA setki miliardów dolarów do wymiany na euro lub jena, i dolar się załamie, np. jego kurs spadnie do 
50 centów euro, to wtedy
załamie się cały system finansowy świata, a po drodze cała hegemonia Ameryki.
Jednocześnie hegemonistyczna polityka Busha wywoła reakcję obronną u tych, których jeszcze na taką reakcję stać. Są trzy takie światowe podmioty polityczne: Unia Europejska, Rosja i Chiny. Jest absolutnie nieuniknione, że obecny 
dystans i rywalizacja między Unią Europejską a USA będą się pogłębiały i przekształcały w jawny antagonizm. Huntington może więc ubolewać, że dotychczasowa jedna cywilizacja Zachodu będzie się 
dzielić - jeśli nie od razu cywilizacyjnie, to na pewno politycznie i potem militarnie. W przeciwnym razie oznaczałoby to podporządkowanie Europy wasalstwu amerykańskiemu i zgodę na utratę suwerenności gospodarczej, a potem i politycznej Europy.
W tej sytuacji coraz wyraźniejsza będzie współpraca Unii Europejskiej, Rosji i Chin. I choć państwa te dzielą różnice cywilizacyjne oraz 
imperialne, ich sojusz, scementowany wspólnym przeciwnikiem, jest nieunikniony. Nic tak nie łączy, jak wspólne niebezpieczeństwo. Będzie to więc 
trójkąt ponadcywilizacyjny, który na tym obszarze odsunie na jakiś czas owo zderzenie cywilizacji.
Szczególnie prawdopodobna i bliska czasowo może być konfrontacja Stanów Zjednoczonych i Chin, o czym pisze Huntington. Kiedy to może nastąpić? Raczej wcześniej niż później. Logika sytuacji powoduje, że obie strony tego konfliktu mogą uważać, że w ich interesie będzie 
leżało przyspieszenie konfrontacji. USA będą chciały uprzedzić i zahamować dalszy wzrost gospodarczy i militarny Chin oraz będą uważały, że czas pracuje przeciwko nim. Chiny z kolei będą chciały konfrontacji w okresie, gdy Ameryka jest uwikłana w wojnie z islamem i terrorystami 
na Bliskim i Środkowym Wschodzie, a więc też będą uważały, że czas pracuje przeciwko nim. Tak więc trzecią (gorącą) wojnę światową, może jeszcze w tej kadencji Busha, mamy pewną jak w banku.
prof. Stefan Kurowski



------------------------------------------------------------------ STOP KUPOWANIU W NIEDZIELE!!! Pamietaj abys dzien swiety swiecil Nie czyn drugiemu, co tobie nie mile http://www.wiara.pl/tematcaly.php?idenart93259923 ------------------------------------------------------------------



Odpowiedź listem elektroniczym