Wielkie grzechy wielkich korporacji. "Big Pharma" bez pomysłów
Ile naprawdę kosztują badania?

Koncerny farmaceutyczne od lat zwodzą opinię publiczną. To nieprawda, że
wydają ogromne pieniądze na badania nad nowymi lekami. Swoje miliardowe
zyski osiągają poprzez sprytne wykorzystywanie prawa i dorobku naukowego
publicznie finansowanych instytucji. Pisze o tym Marcia Angell w swojej
książce "Prawda o koncernach farmaceutycznych" To już nie jest delikatne
podszczypywanie potężnych firm. Marcia Angell, znana w USA specjalistka od
problematyki ochrony zdrowia, atakuje największe kolosy przemysłu
farmaceutycznego: Pfizer, Bristol-Myers Squibb, AstraZeneca, Eli Lilly.
Obala ich twierdzenia, że wysoka cena leków wynika z kosztów badań nad
nowymi, przełomowymi środkami. "To zwyczajne kłamstwo na potrzeby public
relations" - pisze Angell w książce, której obszerny fragment ukazał się w
magazynie "New York Review of Books" (15 lipca 2004 r.). W rzeczywistości -
jak twierdzi Angell - koncerny inwestują w sprzedawanie starych leków w
nowych opakowaniach. A jeśli już wypuszczają na rynek naprawdę nowy produkt,
to tylko dzięki podparciu się pracą naukowców opłacanych z publicznych
pieniędzy. Tyle tylko, że krociowe zyski, jakie sprzedaż nowego,
opatentowanego leku generuje, trafiają później niemal wyłącznie do kasy
koncernów. Angell - lekarka z wykształcenia, wykładowca Harvardu i
wieloletnia redaktorka naczelna jednego z najważniejszych w USA czasopism
lekarskich "New England Journal of Medicine" - jak mało kto wie, o czym
mówi. Koncernom przygląda się od lat. To, co zdołała ustalić, szokuje i
całkowicie zaprzecza cukierkowatemu obrazowi firm farmaceutycznych, jaki
starają się one wykreować przy pomocy armii specjalistów od public relations
i lobbystów.

Najdroższy rynek świata

Amerykanie wydają na lekarstwa wykupywane na receptę 200 mld dol. rocznie
(wydatki ogólne są dużo wyższe). Taką sumę trudno sobie nawet wyobrazić - to
prawie cztery razy więcej, niż wyniesie budżet Polski w 2005 r. (zgodnie z
założeniem budżetowym przedstawionym przez rząd 9 września będzie to tylko
57,5 mld dol. po stronie wydatków). To więcej, niż kosztuje utrzymanie całej
polskiej służby zdrowia przez dziesięciolecie.

Kupno leków - pisze Angell - stało się najważniejszą pozycją w wydatkach na
zdrowie w Stanach Zjednoczonych. Przeciętni Amerykanie odczuwają to
boleśnie. Przyjmowanie tylko jednego z 50 najbardziej popularnych leków to
wydatek rzędu 1,5 tys. dol. rocznie. Dla osoby starszej, która takich leków
może przyjmować nawet sześć, rachunek rośnie więc do 9 tys. dol. To zaporowa
cena, zwłaszcza dla tych seniorów, którzy nie są ubezpieczeni w jednej z
prywatnych instytucji i muszą korzystać z publicznego programu opieki
zdrowotnej Medicare. Oni płacą za leki z własnej kieszeni. I płacą najwyższą
cenę, bo tylko ubezpieczalniom - dla swoich klientów - udaje się
wynegocjować niższe stawki.

Logika kazałaby się spodziewać, że im dłużej produkt jest na rynku, tym
bardziej jego cena maleje. Prawa ekonomii nie obowiązują jednak w świecie
koncernów farmaceutycznych. Koncern Schering-Plough podnosił cenę detaliczną
popularnego leku antyalergicznego Claritin (dopóki był on chroniony
patentem) 13 razy w ciągu pięciu lat.

Na badania czy pensje prezesów? Koncerny tłumaczą, że wysoka cena leków jest
uzasadniona wysokimi kosztami badań naukowych nad nowymi preparatami. To
nieprawda - odpowiada Marcia Angell. Jedyną rzeczą, którą wysokie ceny leków
faktycznie gwarantują, są gigantyczne zyski przemysłu farmaceutycznego,
który przez ostatnie 20 lat - z wyjątkiem 2003 r. - był najbardziej zyskowną
branżą w Stanach Zjednoczonych. Przykładowo: w 2001 r. wielkość zysku
dziesięciu największych koncernów farmaceutycznych w USA równała się 18
proc. wartości ich sprzedaży. Dla porównania - proporcja zysku do sprzedaży
wszystkich firm z rankingu "Fortune 500" (500 największych przedsiębiorstw
amerykańskich według czasopisma "Fortune") wynosiła w tym samym czasie tylko
3,3 proc. Nawet banki musiały zadowolić się 13,5 proc. "Najbardziej
uderzającym faktem jest to, że w 2002 r. łączny profit dziesięciu
największych koncernów farmaceutycznych - pisze Angell - wyniósł 35,9 mld
dol. i był większy niż łączny zysk wszystkich pozostałych 490 firm z
listy >Fortune 500 < (zarobiły 33,7 mld dol.)".

I mimo tej rzeki pieniędzy, jaka rok w rok napływa do kasy koncernów
farmaceutycznych, nie są one tak "innowacyjne", jak każą nam wierzyć - pisze
Angell. Jej zdaniem zdecydowana większość "nowych" leków wypuszczanych na
rynek przez firmy farmaceutyczne to tak naprawdę nieco zmodyfikowane kopie
istniejących specyfików, już obecnych na rynku. Angell nazywa je "ja też"
(ang. me-too) - koncerny wypuszczają te specyfiki po tym, jak wcześniej
zrobi to ich konkurent. Często cała "innowacja" - którą koncerny tak bardzo
nagłaśniają - ogranicza się do zmiany jednej molekuły w substancji leczniczo
czynnej. Bez tej zmiany lek działałby nadal tak samo lub bardzo podobnie,
jednak warto takie kosmetyczne poprawki robić, bo nawet jedna zmieniona
molekuła wystarczy, by przedłużyć patent (czyli monopol na daną substancję)
o lata.

Rzekome ogromne wydatki na badania naukowe są mitem - atakuje Marcia Angell.
Na podstawie dostępnych dokumentów (głównie obowiązkowych raportów
finansowych składanych do komisji papierów wartościowych) wyliczyła, że
wydatki naukowe dziesięciu największych koncernów farmaceutycznych w USA w
roku 2000 równały się 14 proc. wartości ich sprzedaży. A w 1990 r. - tylko
11 proc. Tymczasem w tym samym okresie (początek lat 90.) wydatki na
"marketing i administrację" wyniosły aż 36 proc. dochodów ze sprzedaży.
Angell uszczypliwie zauważa, że znaczącą pozycję w budżecie "marketingu i
administracji" zajmują zarobki prezesów koncernów. W samym tylko 2001 r.
prezes Bristol-Myers Squibb, Charles A. Heimbold jr, zarobił 74,89 mln dol.,
otrzymał też opcje na akcje o wartości 76 mln dol.

Państwo sieje, koncerny zbierają

Oczywiście, niekiedy koncernom farmaceutycznym udaje się wynaleźć naprawdę
nowe lekarstwo. Chodzi jednak o to - podkreśla publicystka - że w znacznej
części przypadków te odkrycia są efektem pracy naukowców opłacanych z
publicznej kasy. Stało się to możliwe dzięki serii ustaw przyjętych w latach
80. za prezydentury Ronalda Reagana. Pierwsza i najważniejsza z nich
("Bayh-Dole Act") zezwoliła uniwersytetom na patentowanie, także w celu
odsprzedania praw patentowych, tych odkryć, które zostały sfinansowane z
budżetu National Institutes of Health - rządowej instytucji finansującej
badania medyczne. Przed przyjęciem tej ustawy wyniki badań finansowanych z
publicznej kasy były dostępne publicznie.

Od momentu uchwalenia "Bayh-Dole Act" ruszyła lawina umów zawieranych przez
uczelnie z koncernami; w całej Ameryce zaroiło się od małych spółek
biotechnologicznych tworzonych przez naukowców, które miały dwa cele:
prowadzić badania (współfinansowane przez państwo) i sprzedawać licencje.
Według danych przedstawionych przez Angell co trzeci lek znajdujący się
obecnie na rynku jest produkowany przez wielkie koncerny na podstawie
licencji odkupionej od uniwersytetu lub małej spółki biotechnologicznej
(zazwyczaj z uczelnią związanej, przynajmniej personalnie).

Kolejną ustawą, która rozpoczęła złote lata dla koncernów farmaceutycznych
na rynku amerykańskim, był "Hatch-Waxman Act" uchwalony w 1984 r. Wraz z
kilkoma towarzyszącymi mu innymi aktami prawnymi umożliwia on przedłużanie
ochrony patentowej leków. A właśnie taka ochrona - zdaniem Angell - jest
żyłą złota dla całego przemysłu.

Dopóki bowiem lek jest chroniony, konkurencja nie może produkować jego
dokładnej kopii (może jedynie wytwarzać lekarstwa typu me-too). W momencie
gdy patent wygasa, na rynku pojawiają się błyskawicznie leki generyczne,
czyli specyfiki o innej nazwie, ale identycznym (co do molekuły) składzie
chemicznym. Wówczas cena spada nawet do 20 proc. ceny pierwotnej.
"Hatch-Waxman Act" pozwala zdaniem Angell maksymalnie wydłużyć ochronę
patentową. O ile na początku lat 80. okres ochronny trwał około ośmiu lat,
na początku tego wieku już 14 lat.

Recepty na tańsze leki

Dopiero w ostatnich latach - zauważa Angell - dobrze naoliwiona maszyna "Big
Pharma" (jak potocznie nazywa się w USA przemysł farmaceutyczny) zaczęła
zgrzytać. Trafiła bowiem na równorzędnego przeciwnika w postaci prywatnych
firm ubezpieczeniowych zaniepokojonych rosnącymi kosztami realizowanych
recept na lekarstwa. Obecnie żądają one upustów dla swoich klientów,
sporządzają też listy leków, które są refundowane w całości - oczywiście
dbają o to, żeby na takiej liście znalazły się najtańsze dostępne leki o
określonych właściwościach.

Na horyzoncie pojawia się też inny problem dla koncernów: mimo intensywnych
działań armii prawników, mimo "Hatch-Waxman Act" w najbliższych latach
zaczną wygasać prawa patentowe na kilka kluczowych specyfików przynoszących
krociowe zyski. Tymczasem następnych kur znoszących złote jajka widać jakby
mniej. Potwierdza się teza, że koncerny farmaceutyczne wolą zwiększać
budżety marketingowe (czytaj: inwestować więcej w reklamę i PR), niż ładować
pieniądze w ryzykowne badania.

Dlatego Angell sugeruje, że konieczna jest reforma rynku farmaceutycznego
zainicjowana przez państwo. Jej zdaniem cały rynek pseudonowych leków
załamałby się z dnia na dzień, gdyby tylko władze federalne zmieniły sposób
wydawania zezwoleń. Wystarczyłoby, gdyby zezwolenie na wprowadzenie leku do
obrotu było wydawane wówczas, gdy producent wykaże, iż to lekarstwo jest
lepsze niż produkt już obecny na rynku. Wówczas koncerny byłyby zmuszone do
prowadzenia działań naukowych.

Druga reforma rynku polegałaby na otwarciu ksiąg koncernów: musiałyby
ujawnić, ile naprawdę wydają na badania naukowe, ile na marketing, ile na
koszty administracyjne. Publiczna stałaby się też informacja, po jakiej
cenie sprzedają lekarstwa różnym klientom (np. pacjentom ubezpieczonym oraz
tym, którzy korzystają z państwowego Medicare). Oczywiście, w tej sytuacji
musiałby pojawić się zarzut dyskryminacji koncernów farmaceutycznych (inne
przedsiębiorstwa nie miałyby obowiązku ujawnienia swoich ksiąg). Angell
odpowiada jednak, że "Big Pharma" musi być traktowana inaczej niż inne
podmioty, bo też korzysta ze specjalnych przywilejów - praw patentowych i
dostępu do badań naukowych finansowanych przez państwo. Inaczej pacjenci
nigdy nie dostaną tego, za co już słono płacą.

* Marcia Angell "The Truth About the Drug Companies: How They Deceive US and
What to Do About It" ["Prawda o koncernach farmaceutycznych: jak nas zwodzą
i jak temu zaradzić"], Random House, sierpień 2004

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza > Publicystyka > Gazeta Świąteczna 9/10 X 2004
Ile naprawdę kosztują badania? eo 08-10-2004 , ostatnia aktualizacja
08-10-2004 20:08

Według wyliczeń PhRMA (Pharmaceutical Research and Manufacturers of
America), stowarzyszenia reprezentującego interesy przemysłu
farmaceutycznego, w roku 1980 firmy zrzeszone w organizacji wydały na
badania i wdrożenia 2 mld dolarów, czyli ok. 9 proc. dochodów, zaś w 2003 aż
32 mld (15,6 proc. dochodów). Koszt wprowadzenia na rynek jednego leku
oszacowano w roku 2000 na 500 mln dolarów; raport PhRMA na rok 2003/04 mówi
już o 802 mln. Do tego tylko trzy z dziesięciu wprowadzonych na rynek leków
mają przynosić producentowi zysk, który dorównuje lub przewyższa nakłady.

Tymczasem według Angell wdrożenie jednego leku kosztowało w roku 2000 niemal
pięciokrotnie mniej, niż podają koncerny, bo PhRMA podaje kwoty wyliczane
szacunkowo. Za podstawę przyjmuje wielokrotnie cytowaną i równie często
krytykowaną analizę z roku 1987, w której zsumowane nakłady na badania
naukowe i wdrożenie jednego leku wyniosły 231 mln dolarów. Po przeliczeniu
tej kwoty na dolary z roku 2000 otrzymano 473 mln, które następnie
zaokrąglono do 500 mln. Sumy te dotyczą jednak nakładów przed
opodatkowaniem, czyli pomijają zwroty podatkowe należne z tytułu prowadzenia
badań naukowych. Po uwzględnieniu tych ulg i skorygowaniu zawyżonych kosztów
alternatywnych - czyli szacunkowego wyliczenia, ile można by zarobić,
inwestując te pieniądze inaczej - realna kwota spada do 110 mln.

Branża farmaceutyczna szczyci się, że kwoty, które przeznacza na badania i
wdrożenia, są rok w rok większe od pieniędzy, jakimi dysponuje NIH (National
Institutes of Health), instytucja odpowiedzialna za podział federalnych
pieniędzy na badania medyczne. W 2003 roku budżet NIH wyniósł 27 mld
dolarów, sektor prywatny zaś - wedle deklaracji PhRMA - wydał na ten cel 32
mld. I co z tego - pyta Angell - skoro większość artykułów cytowanych w
aplikacjach patentowych powstała w ośrodkach akademickich (54 proc.) i
rządowych (13 proc.), a tylko 15 proc. powstało z badań prowadzonych przez
przemysł farmaceutyczny?

Producenci leków utrudniają też weryfikację wydatków na badania i wdrożenie.
Przemysł farmaceutyczny stoczył dziewięcioletnią batalię sądową z Najwyższym
Urzędem Kontroli (General Accounting Office) o prawo do ich zatajenia. W
roku 1984 ostatnia instancja, czyli sąd najwyższy, orzekła, iż nie ma
podstawy prawnej, by nakazać ujawnienie takich kosztów, i tym samym
przerzuciła piłeczkę na boisko ustawodawcy.

Nie na darmo jednak firmy farmaceutyczne utrzymują w Waszyngtonie armię
lobbystów, skoro do dziś Kongres stosownej podstawy nie stworzył -
konkludują z goryczą eksperci z organizacji konsumenckiej Public Citizen. W
latach 1997-2002 budżet wydany przez przedsiębiorstwa farmaceutyczne na
lobbing wyniósł 478 mln dolarów, a niemały procent tej sumy zasilił kampanie
wyborcze Demokratów i Republikanów. Z kolei w poufnym dokumencie ujawnionym
przez "New York Times" (z 1 czerwca 2003) PhRMA przewidywała, że w 2004 roku
wydatki na lobbing o 23 proc. przekroczą budżet z 2003 roku, który wyniósł
122 mln dolarów. W tym 72,7 mln przeznaczone będzie na lobbing na poziomie
federalnym, 48,7 mln na poziomie stanowym, niemal 5 mln na lobbing w FDA. A
także 17,5 mln dolarów na walkę z kontrolą cen i o utrzymanie praw
patentowych... za granicą!

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza > Publicystyka > Gazeta Świąteczna 9/10 X 2004

Wielkie grzechy wielkich korporacji. "Big Pharma" bez pomysłów Elżbieta
Olender 08-10-2004 , ostatnia aktualizacja 08-10-2004 20:07

Spośród 415 farmaceutyków zaaprobowanych przez amerykański Urząd ds.
Żywności i Leków (Food and Drug Administration) w latach 1998-2002 tylko 14
proc. było naprawdę nowatorskich, a kolejnych 9 proc. znacząco poprawiało
stare leki. Pozostałe to lekarstwa typu "ja też" [me-too drugs] - wtórne,
mające podobne właściwości terapeutyczne jak leki już obecne na rynku. Ich
producenci koncentrują uwagę na potencjalnie dużych rynkach zbytu: na
przewlekłych chorobach typowych dla społeczeństw dobrobytu. Mnożą więc
środki obniżające ciśnienie i poziom cholesterolu, zwalczające alergie i
łagodzące artretyzm.

Nowe specyfiki często nie są lepsze od dawnych, a zdarzają się i takie,
które są wręcz gorsze. Zazwyczaj okazuje się to dopiero po latach, gdyż
zasady wprowadzania leku na rynek nie wymagają, by producent udowodnił, że
nowy środek jest skuteczniejszy od lekarstw już dostępnych. Wystarczy, żeby
wykazał, że jest on skuteczniejszy od placebo.

W roku 2002 Narodowy Instytut Serca, Płuc i Krwi (National Heart, Lung, and
Blood Institute) zakończył testy porównawcze czterech grup farmaceutyków na
obniżenie ciśnienia. W trwających osiem lat badaniach przeprowadzonych na 42
tys. pacjentów testowano następujące środki: norvasc (firmy Pfizer), cardura
(produkt Pfizera, sprzedawany przez innych wytwórców pod nazwą doxazosin),
zestril (AstraZeneca) i prinivil (firmy Merck; dostępny również jako
lisinopril) i wreszcie leki moczopędne obecne na rynku od 50 lat.
Najkosztowniejszy z badanych leków był norvasc (średnio 715 dolarów za
roczną kurację), najtańsze było leczenie środkami moczopędnymi (ok. 37
dolarów na rok). Jak się okazało, tanie środki moczopędne równie skutecznie
obniżały ciśnienie jak norvasc i leki z grupy ACE (zestril i prinivil), a do
tego dawały dużo lepsze rezultaty w zapobieganiu skutkom wysokiego
ciśnienia, tzn. chorobom serca i wylewom. Najgorzej wypadła cardura, której
testowanie w ogóle przerwano z racji wysokiego odsetka komplikacji
wieńcowych u pacjentów. Tymczasem w 2003 roku norvasc zajął czwarte miejsce
pod względem wielkości sprzedaży na świecie (dane za IMS Health) i leczeni
nim pacjenci mają - jak się okazuje - wątpliwy przywilej zapłacenia 19 razy
więcej za tylko trochę gorszą kurację.

Czy reklama kształci?

USA są jedynym poza Nową Zelandią krajem rozwiniętym, w którym prawo zezwala
na reklamowanie farmaceutyków w środkach masowego przekazu. Ten rodzaj
reklamy zyskał szczególnie na znaczeniu po roku 1997, kiedy zezwolenie
rozciągnięto na radio i telewizję. Od tamtej pory wydatki na reklamę
skierowaną wprost do pacjenta wzrosły sześciokrotnie. PhRMA nie przeczy, że
koszty tego typu reklamy rosną szybko. Argumentuje jednak, że na tle innych
wydatków nie są to liczby zatrważające. W roku 2003, kiedy firmy
farmaceutyczne przeznaczyły na badania naukowe 32 mld dolarów, wydatki
reklamowe wyniosły 23,9 mld dolarów, w tym na reklamę skierowaną wprost do
klienta - ledwie 3,2 mld. Najwięcej kosztowały bezpłatne próbki leków - 13
mld - i wizyty przedstawicieli handlowych w gabinetach lekarskich - 7,15
mld. Wedle kalkulacji przeprowadzonej przez Angell PhRMA "zgubiła" jednak w
swoich wyliczeniach 35 mld. Do kosztów marketingowych trzeba bowiem doliczyć
pieniądze, które przemysł farmaceutyczny wyłożył na edukację lekarzy, która
w większości jest formą ukrytej reklamy.

Na swojej stronie internetowej PhRMA przekonuje o dobroczynnym wpływie
reklamy na wiedzę i postawę pacjentów: w ciągu siedmiu lat działania prawa
zezwalającego na reklamowanie leków bezpośredniemu nabywcy 30 tys. pacjentów
zainicjowało rozmowę z lekarzem na temat niepokojących symptomów. Wiele osób
decydowało się mówić o dolegliwościach, które naznaczone były społecznym
stygmatem, jak np. choroby psychiczne, lekarze zaś przyznają, że pacjenci są
lepiej przygotowani do rozmowy i lepiej rozumieją zalecenia. Eksperci widzą
jednak drugą stronę medalu. Podkreślają, że bez rozbuchanych kampanii
promocyjnych trudno byłoby sprzedać leki, których rynek sam z siebie nie
potrzebuje.

Do podręczników marketingu i reklamy powinna trafić kampania reklamowa, za
pomocą której firma AstraZeneca zastąpiła prilosec, specyfik usuwający
zgagę, nowym produktem - nexium. Fioletowe pastylki prilosecu były
prawdziwym przebojem rynku. Roczna sprzedaż wynosiła 6 mld dolarów, co
dawało mu drugie miejsce wśród najlepiej sprzedających się leków na świecie
W roku 2001, kiedy upływał patent na prilosec, producent wystartował z
kampanią reklamową nexium opartą na porównaniu z poprzednikiem. Nexium
wszedł na rynek jako "dzisiejsza fioletowa pastylka od producenta
prilosecu". "Dzisiejsza" znaczyło "lepsza": nowocześniejsza i lepiej
wypadająca w testach. Jednak trudno z czystym sumieniem zaaprobować
nowoczesność nexium. Wyniki testów - dwóch z czterech przeprowadzonych -
faktycznie pokazały nieco lepsze działanie nexium, tyle że zalecana dawka
była dwukrotnie wyższa od dawki prilosecu. Z czasem w reklamach w ogóle
zarzucono powoływanie się na prilosec, który jest teraz sprzedawany bez
recepty za ułamek poprzedniej ceny. Kampania reklamowa nexium kosztowała w
2001 roku pół miliarda dolarów, ale opłaciła się, bo za jedną pastylkę
trzeba w amerykańskiej aptece zapłacić ok. 4 dol.

Opatentowany zysk

Największy zysk przynoszą oczywiście lekarstwa chronione patentem. Firmy
farmaceutyczne starają się więc jak najdłużej korzystać z przywileju
wyłączności. Prawo patentowe - które z założenia miało chronić to, co
"użyteczne, nowoczesne i nieoczywiste" - okazuje się bardzo rozciągliwe,
ponieważ pozwala na objęcie ochroną zarówno chemicznej kombinacji
składników, jak i konkretnego zastosowania leku, jego fizycznej postaci, a
nawet procesu produkcji.

Prozac, prawdziwie nowatorski produkt firmy Eli Lilly był od roku 1987
stosowany do leczenia depresji. Patent wygasł w roku 2001 i jego generyczne
odpowiedniki sprzedawane są teraz jako lek antydepresyjny za ułamek
pierwotnej ceny. Przewidując śmierć znoszącej złote jaja kury, Lilly
zarejestrowała w roku 2000 nowe zastosowanie leku. Producent pozostawił
niezmieniony skład leku i dawkę, zmienił za to kolor tabletek na lawendowy i
nazwę na sarafem. Pod nową nazwą prozac jest sprzedawany do zwalczania
uciążliwych objawów napięcia przedmiesiączkowego. To zastosowanie leku
będzie chronione patentem do roku 2007.

Nawet kiedy starego produktu nie udaje się opatentować w nowym przebraniu,
zawsze można zaskarżyć do sądu konkurenta zgłaszającego do FDA gotowość
produkowania generyku. Nawet jeśli się nie wygra, zyska się na czasie, bo
amerykański prawodawca przewidział, że ochrona patentowa będzie rozciągnięta
do czasu sądowego wyjaśnienia takiego sporu, maksymalnie nawet o 30
miesięcy!






------------------------------------------------------------------
          STOP KUPOWANIU W NIEDZIELE!!!
        Pamietaj abys dzien swiety swiecil
       Nie czyn drugiemu, co tobie nie mile
http://www.wiara.pl/tematcaly.php?idenart93259923
------------------------------------------------------------------

Odpowiedź listem elektroniczym